— Kogo masz na Ziemi?
Przez sekundę namyślałem się, takie to było dalekie.
— Ojca.
— Nikogo więcej?
— Nikogo.
— Ja mam żonę… — i w obawie, bym nie przypuścił, że powiedział to z żalu, ciągnął:
— Wykonywałem teraz w pamięci jedno obliczenie i pomyślałem o niej. Kiedy ją poznałem, przez długi czas mówiliśmy tylko o matematyce. Robiłem dyplom, miałem pewien pomysł, teorię pulsujących gwiazd, i powiedziałem jej to.
Umilkł na chwilę, jakby się sam zdziwił, że tak dużo mówi.
— Raz w ogrodzie obserwatorium siedzieliśmy i czytaliśmy Flammariona O mnogości zamieszkałych światów. Pewno nie znasz tej książki, bardzo stara. Był lipiec, wieczór, zapadał zmrok… czytaliśmy razem, odwracaliśmy strony… stawało się coraz ciemniej, papier szarzał, a my wciąż czytaliśmy… tak jak tylko w młodości… Kiedy rozpłynęły się ostatnie słowa, podnieśliśmy głowy, a nad nami było niebo pełne gwiazd, ciemność i światy, które wstawały ze stronic… wtedy…
Urwał.