Arseniew systematycznie poprawiał skafander, wygładzał fałdy, odciągał i popuszczał pasy. Wyłożył wszystko, co miał w kieszeniach: tabliczkę koncentratu witaminowego, notatnik, zapałki, elektrometr i rewolwer mały jak zabawka.
Nosił go, bo to był podarek: ktoś ofiarował mu go przed odlotem. „Do polowania na dzikie zwierzęta Wenery”. Zważył na dłoni paczuszkę cukru.
— Czy masz swój?
— Nie, zjadłem już.
— Szkoda.
Zdziwiło mnie to ubolewanie nad garstką cukru; na usta cisnęły mi się cierpkie słowa, ale zmilczałem. Arseniew wyjął nabój z rewolweru. Zrozumiałem, co ma na myśli.
— To na nic — powiedziałem. — Zwyczajna spłonka nie zapali fulguritu. Nic go nie zapali oprócz specjalnych detonatorów.
Zaświecił reflektor: palił się słabo.
— Mój też — powiedział. — Zgaś latarkę. Posłuchałem go. Ciemność spadła jak mur. Jakby moje ciało nie kończyło się, jakby przechodziło w nią bez żadnej granicy. Zielone plamy płynęły pod powiekami. Opadające, jaskrawe plamy. Cichutko tykał zegarek. Mijały godziny: dziewiąta, dziesiąta, jedenasta…
Nagle Arseniew odezwał się tak nieoczekiwanie, że drgnąłem: