Estella

M. G.

Co chciałbyś nam powiedzieć

mały filozofie, kruszynko światła?

Popatrz, mam takie wąskie usta,

kiedy się śnisz, przechodzę przez bramę.

Czy myślisz, że któregoś snu utknę

na zawsze, jarząc się przez chwilę

jak brutalnie zalane wodą ognisko,

skierki unoszące się w powietrzu?

Czy może zostanę jak popiół?

W drobnych dłoniach będziesz

mnie trzymał i w ptasi sposób

podglądał, czy ta szarość oddycha?

Może przesadziłem z dłońmi,

trzeba było powiedzieć o powietrzu,

o lotności, o linoskoczku. Śmierć

trzyma nas wszystkich w garści

i potrząsa, jakbyśmy byli srebrnymi

solniczkami, w restauracji Estella,

i ma twarz pana kelnera, kiedy

na tacce podaje rachunek. Gdy

wychodzimy, uśmiecha się i znika

za ciężką czerwoną kotarą.

To scena? Takie się rodzi pytanie,

a potem obłoczek pary w powietrzu

znów zamienia się w twoje oko,

o którym znajomy buddysta powiedział:

piękna mandala, piękna.

Coś chciałoby się usłyszeć, choć

jesteś przypomnieniem, kanarkiem

w klatce, karykaturą widoku.

Lecz być może nie można inaczej,

trzeba mierzyć palcami odległość

i oczekiwać świtu, półdrzemiąc

na ławce przy ulicy Mostowej.