— Co to — zdziwiłem się — transfuzja?
Robiło mi się coraz cieplej. Wszystko dokoła było dziwnie spokojne i nierzeczywiste. Tarland odsunął aparat, szybko wyciągnął igłę i przycisnął do ręki kawałek gazy.
— Kto tu śpiewa? — spytałem. Słyszałem wysoką, łagodną melodię. Było mi dobrze. Myśli płynęły powoli. Pojawiały się jakieś ciemne obrazy: wędrówka martwymi, oświetlonymi wąwozami, rozłupane ściany kryształowe, ciemne chodniki, galerie… gdzie to wszystko było? W lodowcu? W Himalajach czy we śnie? Nagle w pamięci stanęła ostatnia krawędź świadomie przeżytej jawy: grota, czarne, słabo oświetlone głazy, głucha cisza i dwa druty, nad którymi pochyliłem się, żeby…
Zamknąłem oczy. Kiedy je otworzyłem, wzrok padł na tarczę telewizora w przeciwległej ścianie. W czarnym tle stały drobne iskry.
— Gwiazdy?
Śpiew był głosem silników. Lecieliśmy. Do kajuty weszło dwu ludzi: Rainer i Arseniew.
— Jak się czujesz? — spytał astronom.
— Dobrze.
Nie wiem, czemu do głowy przyszło mi pytanie, które zadałem natychmiast.
— Dlaczego to miasto świeciło? Czy to był lucyt? Stojący przy łóżku spojrzeli na siebie.