— Czy mogę popłynąć na brzeg?! — krzyknąłem za nim. Zatrzymał się.
— Nie! Nic pan tam nie pomoże! Proszę pilnować radaru i reflektora. Rakietnice leżą tam, z boku!
Zniknął w studni włazu. Przestrzeń spowijały gorące, leniwe opary. Kadłub rakiety czerniał w nich jak pływający martwo na falach grzbiet wieloryba. Obok reflektora stał przenośny radaroskop z dwiema eliptycznymi antenami, wycelowanymi w stronę brzegu. Ująłem oburącz metalowy pierścień kierujący. W ekranie widniał kamienisty cypel nad zatoką, którym musieli wracać towarzysze. Był pusty. Snuły się tam jakieś ciemniejsze od mgły dymy. Spojrzałem na fotoelement osadzony pod ekranem. Wskazywał temperaturę skał nadbrzeżnych: dwieście sześćdziesiąt stopni. Ręce same zacisnęły mi się na metalowych rękojeściach radaru. Dwieście sześćdziesiąt stopni… Ciepłota powietrza także rosła, ogrzewało się jak w piecu: osiemdziesiąt, osiemdziesiąt pięć, dziewięćdziesiąt stopni… Jak długo człowiek może tam wytrzymać, nawet w izolującym kombinezonie? Upływały minuty, z których każda była wiecznością. Wyraźnie dobiegał syk i świst wody gotującej się w zetknięciu z rozpalonymi głazami brzegu. Przesuwałem antenę z jednej strony w drugą. Już chciałem ją cofnąć, gdy coś mignęło w polu widzenia: tam szedł człowiek!
Przy reflektorze stała skrzynka wewnętrznego telefonu. Nie podnosząc słuchawki, włączyłem ciągły dzwonek i przypadłem z powrotem do radaru. Ciemna plama posuwała się wolno wśród głazów… na chwilę znikła… znowu się pojawiła… wtem rozpadła się na dwie mniejsze, ale dziwnie zniekształcone…
Nagle zobaczyłem wyraźnie: dwu ludzi niosło trzeciego. Usiłowali przeprawić się po wystających z wody głazach ku motorówce, lecz między ostatnim kamieniem a łodzią ciemniał pas wody. Stanęli, widocznie się naradzając. Jakże żałowałem, że nie popłynąłem na brzeg wbrew rozkazowi astronoma! Mógłbym im pomóc. Wołałem, dawałem im rady, nieświadomy tego, że nie mogą mnie usłyszeć. Nagle jeden ze stojących jakby zmalał. Zrozumiałem: pochylił się i próbował przyciągnąć motorówkę za linę, do której była przycumowana. Wiedziałem, że to niemożliwe, bo przeszkodzą podwodne kamienie. Sami bez trudu przeskoczyliby półtorametrowy odstęp, ale ten trzeci… Była chwila, w której chciałem biec do trapu; nagle ciągnący zrezygnował, odwrócił się do towarzysza i dał znak. Obaj podjęli nieruchome ciało i trzymając je w wysoko wzniesionych rękach, weszli w gotującą się przy brzegu wodę. Zanurzeni po pas, osłaniani kłębami pary, przerzucili ciało przez burtę motorówki i sami wspięli się do środka. Upłynęło kilka nieskończenie długich sekund — i odezwał się motor. Łódź ruszyła.
— Czemu pan tak krzyczy? No, czemu pan tak krzyczy? — mówił do mnie od kilku chwil Arseniew. Za nim stało jeszcze dwu ludzi w skafandrach — Tarland i Czandrasekar. Nie wiedziałem, że śmieję się i krzyczę z radości. Gdy motorówka dobiła do trapu, zbiegliśmy w dół.
— Mnie nie… ja sam… — odezwał się Sołtyk ochrypłym głosem, kiedy wyciągnąłem do niego rękę z ostatniego szczebla.
— Ja sam… bierzcie profesora Lao… on ma rozdarty skafander…
Profesor Lao-Czu
Wnieśliśmy profesora i Oswaticza do komory śluz. Obaj byli nieprzytomni. Zostałem na pokładzie, żeby wciągnąć motorówkę. Kiedy zszedłem do korytarza, Rainer i Tarland układali na noszach bezwładne ciała, tak jak wzięto je z łodzi, w skafandrach, tylko hełmy, rzucone na podłogę, odsłoniły woskowe, zlane potem twarze. Chciałem pomóc, lecz Arseniew kazał mi pójść do Centrali. Zarządził natychmiastowy start. W podnieceniu ostatnich chwil zapomniałem o tym, co się dzieje w dolinie. W ekranach telewizyjnych stały żółtawe kłęby jak dym płonącej siarki. Rakieta wznosiła się i opadała na falach. Cała okolica przedstawiała mroczny kocioł, w którym rozbrzmiewały głuche szmery, syki, poświsty. Gdy wszedłem do Centrali, w chmurach załomotał pierwszy grzmot. Włączyłem stos atomowy i nie czekając, aż osiągnie pełną moc, ustawiłem dźwignie Prediktora na start paliwem pomocniczym. Rozpłomienione gazy runęły w wodę. W głuchym bulgotaniu wrzątku Kosmokrator drgnął, krótką chwilę sunął bokiem, spiętrzając przed sobą ogromną falę, rozpędził się, już niewrażliwy na wściekłe uderzenia bałwanów, i pod ostrym kątem wszedł w przestwór wyjących wiatrów. Obrazy skał nadbrzeżnych kurczyły się i gięły; w obawie, żeby się z nimi nie zderzyć, zwiększałem wciąż spalanie w turboreaktorach. Odetchnąłem dopiero, gdy napęd przyjęły silniki główne. Odezwały się z taką mocą, że zagłuszyły łoskot fal i wycie wiatru. W ekranach pędziły śnieżnobłękitne smugi pary. Potem wpadliśmy w chmurę mroczną jak gęsty las. Byłem niespokojny, gdyż po raz pierwszy sam stałem przy Prediktorze w trudnej chwili startu, lecz wszystko poszło dobrze. Pęd powietrza gwizdał w płetwach, silniki pracowały równomiernie i szybkość rosła. Co chwila między chmurami przeskakiwały rzeki fioletowego ognia, rozpryskując się z przeciągłym grzmotem.