— Co to było?
— Tak brzmi kryształ… jednego z tych przyrządzików… — powiedział Czandrasekar podchodząc do aparatu. Wyjął z uchwytów metalową kruszynę.
.— Przyszła mi myśl, żeby przemienić te drgania elektryczne na dźwięki. Nie wiadomo wcale, czy takie jest przeznaczenie tego dziwnego tworu… To, że przetłumaczone na dźwięki drgania stwarzają melodię, jest, być może, tylko przypadkiem…
— A inne? — spytałem wskazując na rozsypane srebrzyste ziarna.
— Nic, zupełny chaos dźwięków, rozdzierający słuch — odparł matematyk.
— Sam na wiem, czemu to zrobiłem — dodał po chwili — nie sądzę, żeby to miała być muzyka, czyżby o n i także…
— Co tobie, Lao? — powiedział Arseniew.
Fizyk wstał od aparatu. Uniósł nieco twarz z takim wyrazem, jakby zapatrzył się w dalekie światło. Nie dosłyszał pytania Arseniewa. Powoli opuścił głowę. Dotknął kilka razy palcami szklanej płyty, jakby ją gładził, potem zwrócił się do Rainera:
— Doktorze… od jak dawna istnieje według pana ten pokład żelaza na brzegu? Pan robił analizę…
— Tak, zrobiłem, jeszcze przed tą fatalną wyprawą. Biorąc pod uwagę niski procent tlenu w powietrzu… chociaż, z drugiej strony, obecność wody działa katalizujące… sądzę, że to żelazo istnieje w takiej formie od jakichś stu pięćdziesięciu, no, powiedzmy, stu sześćdziesięciu lat.