— W tej chwili nie wiem, może mają jakiś zmysł elektryczny…

Czandrasekar uśmiechał się.

— Ostrożnie! Widzę, że chce pan za wszelką cenę uratować swoją sławę „odkrywcy metalowych mrówek”. Proszę nie naciągać faktów do hipotez, nie ma nic gorszego!

Nagle zmarszczył brwi.

— Przepraszam was. Wpadłem na pewien pomysł… Przeszedł pomiędzy mną o Sołtykiem tak szybko, że przez chwilę obaj wpatrywaliśmy się w drzwi, za którymi zniknął.

Do obiadu nie miałem właściwie zajęcia. Plan nie przewidywał żadnych prac poza obrębem rakiety. Uczeni zamknęli się w laboratorium, skąd dobiegało przeraźliwe buczenie przetwornicy prądowej. W Centrali siedział przy Prediktorze Oswaticz. Rakieta przestała się kołysać, uwięziona lodami, które coraz grubszą skorupą pokrywały jezioro. Mróz tężał. Zerknąłem do książki, którą czytał Oswaticz: były to „Elementy” Euklidesa. Zrozpaczony, wyszedłem na korytarz. Drzwi laboratorium otwarły się.

— Koniec legendy o rozumnych metalowych stworzeniach! — zawołał na mój widok Arseniew. Był w długim fartuchu z podwiniętymi rękawami, na czoło miał odrzuconą dwuokularowa lupę. — Żal mi pana jako jej autora, pilocie, ale fakty decydują — zresztą rzeczywistość jest bodaj jeszcze bardziej zagadkowa!

W laboratorium każdy skrawek przestrzeni wypełniały aparaty. Wielkie szpule dławików przymocowane były nawet do stropu. Ze stołu na stół biegły zwisające pęki różnokolorowych przewodów. Pod wielkim reflektorem siedzieli Tarland, Rainer i Lao — Czu, oglądając przez szkła powiększające coś, czego od drzwi nie mogłem dojrzeć. Podszedłem bliżej. Pochyliwszy się zobaczyłem na tle ciemnej płyty jakieś drobniutkie iskierki. Obok pustej metalowej łupinki leżało kilka mikroskopijnych spiralek, drucik cieńszy od włosa i nie większy od łebka szpilki okruch masy, przeświecającej jak kropelka dymnego szkła.

— Oto wnętrzności „metalowej mrówki” — powiedział Arseniew. — Jest ona czymś w rodzaju miniaturowego nadajnika radiowego, pracującego na fali kilku centymetrów, ale nadajnika o bardzo szczególnej budowie. Widzi pan ten kryształek? — podniósł pincetką połyskliwą kropelkę. — Jest to konglomerat kilku pierwiastków, wykrystalizowany w taki sposób, że stanowi jak gdyby,paczkę” utrwalonych drgań elektrycznych. Pobudzony, odtwarza je niczym płyta gramofonowa!

— Co pan mówi? Zaraz, zaraz… profesorze! — zawołałem — to niemożliwe, sam widziałem, jak to reagowało na moją obecność, jak poruszało się i zamierało, a nawet najwyraźniej odzywało się, kiedy podchodziłem…