Wspięliśmy się jeszcze kilka metrów. Arseniew zgubił latarkę. Dobyłem mojej, skierowałem wylot metalowego cylindra w dół i nacisnąłem wyłącznik.

Wyglądało to jak wybuch błota, ale w czarnej masie nie było biernego ruchu, posłusznego sile ciążenia. Rozdymała się potwornymi bąblami, puchła, a z głębi parły coraz nowe fale zalewając brzeg.

— Wszyscy w tył! — zawołał naraz mocny głos. Widzę jeszcze tę scenę. Arseniew oderwał się od mego ramienia. Rozstawiwszy szeroko nogi, sięgnął do futerału Sołtyka, chwycił miotacz i złożył się.

Biały piorun strzelił z jadowitym sykiem w dół. Okrutny żar uderzył w piersi. Arseniew nacisnął po raz drugi języczek spustu i drugi piorun, jak odłam słońca, buchnął w sam środek wezbranej czarno masy. Potem zapadła ciemność. Wiedziałem, że nie wolno patrzeć w wylot pracującego miotacza, ale to było silniejsze ode mnie. Przed oczami wirowały mi teraz złote i czarne koła. Długą chwilę nic nie widziałem, chociaż kurczowo naciskałem guzik reflektora. Wreszcie drgające plamy zbiegły na boki.

Skalne koryto było puste. Drgające szczątki, grudy spopielałego żużlu, zwały popiołu dogorywały w zasięgu promieni. Brunatne kłęby dymu mieszały się z mgłą. Z kamieni ściekała mętna, jakby szlamem zmącona woda. Gdzieś jeszcze ohydnie skwierczały nie dopalone ochłapy. Zeszliśmy w dół i, wstąpiwszy w koryto, rzuciliśmy w obie strony światło. Czarna masa znikła. Wspięliśmy się na przeciwległe zbocze. Arseniew oglądał swoje nogi. Na nogawkach kombinezonu błyszczały jakby śluzem pokryte plamy, a buty stały się popielato — czarne.

— Profesorze, pan mówił o elektrycznym uderzeniu? — rzuciłem się z pytaniami. — Czy to pana poraziło? Pana też, inżynierze? Co to mogło być?

— Naprzód, naprzód — odparł astronom otrzepując skafander z resztek lepkiej substancji. — Musimy iść dalej, potem będziemy rozprawiać.

Druga ściana czarnego wąwozu była mniej stroma. Pokonaliśmy ją w pół godziny i znaleźliśmy się na równinie osłoniętej falującymi niespokojnie mgłami. Teraz można było rozmawiać w marszu.

— Całe szczęście, że nasze skafandry posiadają własności izolujące — powiedział Arseniew — inaczej byłoby źle ze mną, i z panem nie lepiej, Sołtyk!

— Złapał mnie kurcz i ust nie mogłem rozewrzeć — przyznał się inżynier. — A przedtem, kiedy tam wpadłem, dostałem takie uderzenie, że mnie to prawie sparaliżowało. Myślałem, że się uduszę. Wszystkie mięśnie jak z drzewa.