Życie huczy dokoła, życie płynie, życie się śmieje — słońcem, winem, ustami kobiet młodymi!

Niegdyś zdawało mi się, że jedna tylko kobieta piękna jest na świecie: ta marmurowa na Kapitolu, w przeczystej biała nagości, dłońmi Greczyna przed dawnym wiekiem wyśniona...

Poszedłem ją po siedmiu latach odwiedzić i patrzyłem na nią w południowej godzinie, kiedy na krótki czas pustoszeją muzealne sale i cichnie bezbożny gwar bedekerowców.

Chłód od niej powiał na mnie. Stoi, niewzruszona wciąż, w pochyleniu tym samym, z tym samym zagadkowym na ustach uśmiechem. Czystość jej, wieki trwająca, ma w sobie coś okrutnego i przygnębia jej piękność niezniszczalna, zbyt doskonała.

— Siedem lat cię nie widziałem! — mówiłem do niej na powitanie rozmodlonymi oczyma.

— Czyż to nie wczoraj — odpowiadała tajemniczym swym uśmiechem — szumiało u stóp mych morze na greckim wybrzeżu, kiedym się w nim przeglądałam z białej mojej marmurowej świątyni?...

— Nie ma już Grecji — mówiłem.

— Ja jestem — odpowiedziała — wiecznie ta sama.

Nie, nie! Życie huczy dokoła, życie płynie, życie się śmieje słońcem, winem, ustami dziewcząt młodymi! Nie ty jedna jesteś piękna, ty marmurowa!

Może już oczy moje starzeć się poczynają i jak jesień najbogatszą barwą kwiatów się cieszy, tak chłoną wszystko piękno i nasycić się nim nie mogą, to piękno, na które wczoraj jeszcze były niebaczne.