— Który Jaśko?... Sobków?
— Gdzieta5 Sobków. Powiadam Smolak, koniucha6.
— On je7 chwacki8, ale ty go sobie z głowy wybij. Ni jemu do ciebie, ni tobie do niego. Ty jedziesz panią być, a on jak był koniuchą, tak się i zostanie.
— On też kolonię ma...
— Ma, to w Lipińcach.
Marysia nie odrzekła nic, pomyślała sobie tylko, że co komu przeznaczone, to go nie minie, i westchnęła tęsknie, a tymczasem żagle były już upięte, natomiast śruba zaczęła tak silnie burzyć wodę, że aż cały statek drżał od jej ruchów. Ale kołysanie ustało prawie zupełnie. W oddali woda wydawała się już nawet gładką i błękitną. Coraz nowe postacie wydobywały się spod pokładu: robotnicy, chłopi niemieccy, próżniacy uliczni z różnych miast nadmorskich, którzy jechali do Ameryki szukać szczęścia, nie pracy; tłok zapanował na pomoście, więc Wawrzon z Marysią, by nie leźć nikomu w oczy, usiedli na zwoju lin, w samym kątku wedle dzioba.
— Tatulu, długo jeszcze pojedziewa9 bez wodę? — pytała Marysia.
— Czy ja wiem. Kogo się spytasz, nikt ci nie odpowie po katolicku.
— A jakże my będziewa10 w Ameryce się rozmawiać?
— Albo to nie mówili, że tam naszego narodu chmara jest?