— Puścić wozy na ostatni! Stawidło trzecie w ruch! Przetoczyć na ślepy tor!

Na razie pełzały cicho tam wśród zwojów zmierzchu tylko te dwa światła, lecz wrychle, za dzień, za dwa... mogło wrócić wszystko!...

I dziś, 17 października zbliżał się naczelnik Zaklicza z bijącym sercem do miejsca wspomnień. Z zapartym oddechem odczytywał na kamieniach przebyte kilometry i pędził przed siebie unoszony na skrzydłach tęsknoty. A gdy już minął trzeci znak przydrożny i docierał do celu, utopił rysie spojrzenie w przestwór nad sobą i nie spuszczał zeń oczu. Lecz dziś nie ujrzał sygnału: przestrzeń niema i głucha czerniła się kirami jesiennego mroku.

Więc usiadł na kamieniu i czekał. Czekał godzinę, dwie, trzy, przetrwał północ i doczekał się brzasku: nie zapłonęły światła. Wtedy ze zwieszoną głową, chwiejnym, pijanym krokiem odszedł w stronę własnej stacji...

Nazajutrz zdarzył się w Zakliczu przykry wypadek. Przetokowy Jaksa wskutek własnej nieostrożności dostawszy się pod koła osobowego z Wygnanki, zginął poszarpany na strzępy. Z pogruchotanego nielitościwie ciała pozostała tylko ręka wyrzucona przez pociąg na tor pierwszy, tuż przed peronem. Ten krwawy szczątek człowieczy przyodziany w rękaw służbowej bluzy, z pięciu rozczapierzonemi palcami i z wysterczającą trupio-bladą drzazgą kości zarył się głęboko w pamięć Szatery. I chociaż służba stacyjna usunęła skwapliwie ślady wypadku i zasypała świeżym plaskiem miejsce, gdzie leżała ręka Jaksy, naczelnik Zaklicza miał ją wciąż przed oczyma krwawą i drapieżną...

W parę tygodni potem, przechodząc przez tory przed stacją, zwrócił uwagę na szczególny kaprys wiatru. W kilku miejscach pomiędzy szynami poderwały się z gruntu tulejki piasku i pokręciwszy się przez jakiś czas na miejscu, zaczęły przeciągać się i wydłużać ku sobie. Utworzony w ten sposób lej większy przeniósł się o parę kroków dalej i zawirowawszy jeszcze parę razy, opadł z powrotem pomiędzy tory.

Szatera podszedł ku temu miejscu i spostrzegł, że piasek naniesiony przez zbiorowy wysiłek wicherków ułożył się jakby w kształt ludzkiego ramienia. Wpatrzywszy się dokładniej w tę rzeźbę wiatrowej chimery, doznał naczelnik uczucia jakby lęku: ta ręka z piasku z rozstawionymi szponami palców, wysuwająca się jakby z jakiegoś rękawa, wyglądała na odlew ręki Jaksy. Podobieństwo było uderzające, aż do najdrobniejszych szczegółów.

Gdy zdumiony nie odrywał oczu od niesamowitego zjawiska, odezwał się poza nim szmer kroków. Odwrócił się i spostrzegł zbliżającego się ku niemu asystenta Derwicza.

— Co pan naczelnik tak pilnie obserwuje na torze? — zapytał młody człowiek, przykładając palce do czapki.

— Szczególny fenomen, panie kolego — odparł Szatera, wskazując na piasek — co pan myśli o tej figurze?