VII

Deszcz, padający wczesnym rankiem, ustał był wprawdzie, ale dzień był mglisty i wietrzny. Sirocco62, który wiał przez kilka dni nieustannie, napędził poza Porto di Iyido i Porto di Malamocco tyle morskich fal w laguny, że w Bacino di San Marco woda ostatniego dnia podniosła się już nad poziom Piazzetty i za każdą nową falą rozlewała się szerokim półkręgiem: coraz dalej po marmurowym wybrzeżu, wchodziła i między kolumny, sięgała stopni portyku biblioteki Sansovina i szła płyciuchnym zalewem dalej, aż ku nowej kampanili i posępnemu portalowi kościoła. Tu i ówdzie przez zalew ten przekładano wsparte na 3 cegłach deski, tworząc w ten sposób suche dojście i do gondoli, chwiejących się niespokojnie wśród bezlistnego lasu krzywych pali, wbitych w dno laguny. Nikt nie szedł po tych mostach, z wyjątkiem kilku chłopców obdartych i bosych, skaczących jak pchły i dookoła i wypatrujących z krzykiem, czy w płytkiej wodzie na marmurowym podłożu nie zabłąkała się jaka ryba przypadkiem.

Plac świętego Marka był pusty i mokry, podobny do ogromnego, mętnego zwierciadła, które odbijało w sobie niewyraźne zarysy płynących po niebie strzępiastych chmur. Gołębie osowiałe pokryły się w oknach kampanili i obsiadły gzymsy Prokuracji, nikt im dzisiaj nie rzucał zwykłego pożywienia, jakiś jeden uporczywy przekupień na próżno wykrzykiwał płaczliwie, wabiąc gości, których nie było, aby kupowali po soldzie papierowe tubki z kukurydzą... W starych i nowych Prokuracjach przed sklepami z błyszczącą tandetą i przed sklepami z bezcennymi dziełami sztuki złotniczej i szklarskiej, stali znudzenia właściciele i pomocnicy, daremnie usiłując wypatrzeć jakiego chętnego na kupno przechodnia.

Przed tumem63 świętego Marka ustawiono, jak szubienicę, rusztowanie z trzech belek złożone i umocowane szeroko linami okrętowymi, wyjmowano z brązowych cokołów maszty chorągwiane dla naprawy czy świeżego malowania.

Pani Zośka siedziała pod filarami przed kawiarnią Quadriego i patrzyła zadumana przed siebie. Mimo niepogody powietrze było ciepłe, zgoła nie grudniowe, wilgotny wiatr od morza rozwiewał jej włosy, wymykając się spod podróżnego kapelusza.

Turski towarzyszył jej w powrotnej drodze aż do Werony, tam się z nim rozstała; pojechał przez Tyrol do Monachium, gdzie miał jeszcze jakieś teatralne interesy do załatwienia. Dalszą więc podróż odbywała sama i miała początkowo zamiar nie zatrzymywać się nigdzie. Dzień przed wyjazdem wysłała z Monte Carlo telegram do domu, że wraca, była niespokojna trochę o Jacka wobec braku wszelkich wiadomości od męża. O tym, że i ona doń nie pisała, nie myślała wcale, gniewając się tylko w duszy na brak uwagi i względności z jego strony, że ją tak długo zostawia bez listu.

Kiedy jednak pociąg dojeżdżał do Mestre, uczuła się strasznie zmęczoną. Och! Gdyby się wyspać wygodnie jedną noc w łóżku, a nie w tym ohydnym wozie sypialnym, gdzie się ma ciągle przygnębiające wrażenie ciasnoty, duszności i niepokoju! Ostatecznie może się spóźnić o jeden dzień. Gdyby dziecko było niezdrowe, to przecież w tym wypadku mąż byłby jej o tym doniósł niezawodnie...

Uśmiechnęła się z goryczą.

— Napisałby mi z pewnością raczej więcej, niżby było w istocie, nie oszczędzałby mnie, o, nie! aby mi owszem pokazać, jak złą matką jestem, opuszczając syna „dla zabawy” na parę tygodni.

Około południa wysiadła w Wenecji. Kazała się wieźć gondolierowi do jakiegokolwiek hotelu — zawiózł ją do starej oberży Capello Nero. Dano jej czysty pokój na pierwszym piętrze, obszerny, wygodny i ponury, z przedwiecznymi ciężkimi meblami, wśród których dziwnie raziły zawieszone u sufitu liche i pospolite lampy elektryczne i żelazny pod ścianą kaloryfer.

Kazała sobie przynieść na górę coś do zjedzenia, sądziła, że położy się zaraz do łóżka i będzie spać, spać aż do dnia następnego. Nie miała jednak apetytu i po krótkim odpoczynku sen także uleciał jej z powiek... Ubrała się i wyszła na plac, beznadziejnie smutny i pusty...

Siedząc przed kawiarnią myślała:

— Mogłoby się stać teraz coś niespodziewanego. Tak, jak przed laty rozsypała się w gruz bez żadnego widocznego powodu stara wieża świętego Marka, mogłoby teraz na przykład morze zacząć się wznosić ciągle i bez ustanku... szłoby coraz wyżej i wyżej. Naprzód plac zamieniłby się w dziwną, marmurowymi kolumnadami otoczoną sadzawkę, potem woda wypełniłaby wnętrze kościoła, chłonęłaby z wolna pałac dożów, a potem potem zginęłoby wszystko — jeno może ten szczyt kampanii że złoconym archaniołem u wierzchu dawałby znać gdzie było niegdyś miasto przecudne i jedyne miasto, i dziś już naprawdę od dawna umarłe choć przez większą część roku pozornie tak ruchliwym tętnem żyjące.

Dwóch młodych Włochów przechodziło koło niej; zatrzymali się o kilka kroków dalej i spoglądali ku niej dyskretnie...

E bella...64

Bionda e bella...65

Mówili coś więcej — słów już nie dosłyszała.

Nie odwracała oczu, uśmiechnęła się jeno leciuchno i oparłszy głowę o filar, patrzyła w stronę dwóch kolumn na lagunę, co opadała z wolna i cichła...

Wiatr przestał wiać, niebo wypogadzało się. Woda z placu przed pałacem Dożów spływała raźno z powrotem do morza, ludzie jacyś przyszli i zabierali niepotrzebne już mostki z desek. Przed kościołem świętego Marka pod arkadami Prokuracji i na Placu około kampanili pojawili się grupkami turyści nie wiadomo gdzie dotąd pochowani,- gołębie poczęły zlatywać z wysokich gzymsów i krążyć całym stadem, nie kwapiąc się jeszcze usiąść na mokrych płytach bruku...

I naraz wyjrzało słońce. Gdzieś spomiędzy strzępiastych chmur na kawałku olśniewająco błękitnego nieba ponad nowymi Prokuracjami spoza wieży św. Marka wyjrzało złote i uśmiechnięte [słońce – przyp. WL] i przeglądało się w resztkach spływającej po kamieniach wody. Szara i smutna dotąd fasada kościoła zalśniła naraz wszystkimi barwami. Kolumienki około wrót ożyły, odepchnęły się od muru rzuconym poza siebie cieniem i zadrgały, każda swoim kolorem, swoją duszą osobną. Mroczne absydy ponad drzwiami napełnił naraz deszcz złota, różu i błękitu: mozaiki słońcem zbudzone jęły znów śpiewać swą nieśmiertelną pieśń barwy i blasku.

Laguna, dotąd ołowiana, spłynęła naraz cała głębokim granatem, rozlanym szeroko, aż po San Giorgio Magiore i dalej, między wysepki jeszcze zielone, gdzieś ku zagubionemu w oddali Malamocco.

Gołębie, susząc skrzydła w słońcu, krążyły ciągle chmurą ogromną, ruchliwą, wirującą nisko wśród gmachów i mieniącą się w oczach jak deszcz irysowych płatków, rzuconych na wiatr z wysoka...

E bella e bionda...

Kto to powiedział? Trzeba, żeby jej to ktoś powtórzył jeszcze raz, głośno, teraz, kiedy zaświeciło słońce, i żeby ukląkł przed nią z daleka, cicho, składając na piersiach ręce z rękojeścią szpady. Trzeba, żeby jej rzucił pod nogi dumne strusie pióro z aksamitnym beretem, a gdy się ona uśmiechnie, aby wstał i ujął ze czcią końce jej palców i wiódł ją po rzuconym pod nogi suknie purpurowym do złocistej, drogim futrem wysłanej gondoli...

E bella e bionda...

Przymknęła oczy. Przez maleńkie szparki między powiekami lśnił jej tylko w źrenice blask słońca złoty na długich, ciemnych rzęsach zawieszony...

Kupcy z dalekiego Wschodu zwieźli tu na okrętach perły najdroższe i co najkrwawsze korale, złotnicy w ciemnych, po wąskich uliczkach poukrywanych kuźniach uprzędli ze złota siatki pajęcze i zasiali je ciężkimi brylantami, ogorzali od żaru hutnicy w Murano kruche szkło powyginali grubymi palcami w przecudne, bajeczne kwiatów kielichy, obarwili je kolorem słońca i nieba, i morskiej wody ruchliwej, robotnice z ogromnymi węzłami czarnych włosów na małej głowie utkały koronki delikatniejsze od owych zimowych wzorów, którymi mróz na północy okna przystraja, wystawiono pałace z marmuru, ściany mozaikami wyłożono, niskie, miękkie sofy obito skórami, na których wśród złotych liści kwitną tęczowe kwiaty...

Bella e bionda! — To wszystko dla ciebie! Ażebyś jeno uśmiechnęła się czasem, abyś końce palców białych ustom spragnionym podała, byś pozwoliła patrzyć na siebie!

Otworzyła oczy.

Dzieciak jakiś stał nieopodal i sypał obiema rękami złote ziarna kukurydzy gołębiom, co cisnęły mu się około nóg całą chmarą, różowymi dzióbkami z rąk wyrywały pożywienie, siadały na ramionach, głowę skrzydłami w przelocie muskały.

Przez Plac szły smukłe weneckie dziewczęta. Z upiętymi na głowach czarnymi włosami, ze złotymi kolcami w uszach, w czarnych chustkach z długą, z tyłu aż do ziemi spadającą frędzlą jedwabną. Szczebiotały między sobą i śmiały się czerwonymi usty, rzucając wkoło spod ciemnych brwi spojrzenia żywe i płonące. Jedna z nich przystanęła. Butrymowa widziała jej profil o cudnie rzeźbionym orlim nosie z ruchliwymi nozdrzami i ustach wydatnych a subtelnych, teraz nieco rozchylonych szczęśliwym uśmiechem...

Szedł ktoś ku niej z przeciwnej strony Placu, od kampanii i uśmiechał się również: Młody, smagły chłopak, przyzwoicie i ze smakiem odziany. Widziała, jak się spotkali, jak się zwarli dłońmi ze sobą.

Caro mio66...

Poszli przez Plac gdzieś w stronę San Moise, z głowami nachylonymi ku sobie, niczego już snać nie widząc, nic nie słysząc.

Rozejrzała się wkoło. Zdało jej się naraz, że całe miasto pełne jest szczęśliwych i kochających się par. Oto cudzoziemcy jacyś młodzi, sobą tylko zajęci, niezważający zgoła na natręctwo narzucającego się im wciąż przewodnika. Tam znów przy kawiarnianym stoliku aktorka jakaś czy śpiewaczka z futrem na ramionach bogatym. Siedzi naprzeciw niej człowiek blady i modli się do niej oczyma. I znów przesunął się przed nią włoski zgrabny oficer przy boku wytwornej, smukłej, do jakiegoś zaczarowanego kwiatu podobnej kobiety...

— Gdzie jest ten, co mnie kocha?

Targnęła nią naraz straszna, niewysłowiona, acz bolesna tęsknota.

— Dlaczegóż ja jestem sama?


Butrym, uciekając w zgoła dziecinny sposób przed spotkaniem z żoną, za którą właściwie tęsknił straszliwie, wyjechał z domu natychmiast, kiedy tylko otrzymał jej telegram donoszący o powrocie.

Wziął drogę na południe i miał zamiar nie oprzeć się aż na Sycylii i spędziwszy Święta Bożego Narodzenia w Taorminie lub w Syrakuzach powrócić dopiero z końcem uniwersyteckich ferii do domu. Nim jednak dojechał do Wiednia, zaczął się już krytycznie na czyn swój zapatrywać. W Wiedniu przyszło mu na myśl, że zabawną ucieczką swoją utrudnia tylko położenie, gdyż prawdopodobnie żona jego, stęskniona po dłuższej nieobecności za domem i skłonna przeto do wyrównania wszystkich dawnych, bez dostatecznej przyczyny właściwie powstałych nieporozumień, będzie się czuła dotknięta, że go w domu nie zastaje i znów swoim zwyczajem zamknie się w sobie na długie może miesiące.

Mimo to nie przerywał podróży. Usiłował, owszem, wmówić w siebie, że dobrze robi, jeśli jej da odczuć brak swojej obecności i że to już będzie zyskiem w ich stosunku, gdy ona zobaczy, że bezkarnie w ten sposób lekceważyć go nie może. Za żadną cenę nie powinien teraz okazać słabości.

W wagonie gdzieś około włoskiej granicy pomyślał, że ona jednak może wcale nie odczuć braku jego obecności i nie przyznać nawet w duszy, aby miał jednak jakąkolwiek rację uciekać tak przed jej przybyciem. Okaże się tylko w oczach jej po prostu raz jeszcze śmiesznym głupcem, który prześlicznie drogi gwiazd oblicza, ale ze zwykłymi zdarzeniami życiowymi rady dać sobie nie umie, komplikując je niepotrzebnie. Pasja go ogarnęła.

Jeśli tak — myślał — tym lepiej! Tym bardziej nie powinien być w domu, gdy ona przyjedzie. Jeśli moja nieobecność nie sprawi jej przykrości, tak samo nie ucieszyłby ją mój widok. Więc po co, po co się jeszcze raz powitać i okazywać mimo woli — bo wiem, że nie potrafię zapanować nad sobą — jak strasznie za nią tęskniłem, i widzieć, że ją to właściwie nic nie obchodzi...

Usiłował nie myśleć o tym więcej i wykonać to, co raz postanowił, to znaczy jechać dalej.

Dojechawszy do Wenecji, zatrzymał się z zamiarem zabawienia tu dwóch dni przynajmniej. Zbyt lubił to miasto, aby je mógł ominąć bez zobaczenia kopuł św. Marka i ciekawych marmurowych mostów, wiszących w słońcu nad szmaragdową wodą wąskich kanałów, a przede wszystkim bez napatrzenia się jeszcze raz na niewysłowienie wspaniałą brązową postać Colleoniego, tam przed kościołem św. Jana i Pawła.

Południową godziną, kiedy po smutnym i dżdżystym dniu poczęła się robić pogoda, zaszedł na plac św. Marka. Chodził i przyglądał się bez myśli sklepowym wystawom. W jakimś magazynie złotniczym w galerii Nowej Budowli zajęły go zawieszone w oknie filigranowe naszyjniki cudnej roboty, perłami ciężkimi usiane. Przyszło mu na myśl, że taka złota sieć, pełna łez wyłowionych z morza, cudnie by jednak wyglądała na odkrytych ramionach jego żony...

Odszedł od sklepu i powrócił doń za chwilę. Pokusa nie dawała mu spokoju. Widział szyję jej białą, cudnie rzeźbioną, smukłą, wyłaniającą się z uwięzi tej pajęczyny ze złota i chłodne perły falujące i błyszczące za każdym oddechem jej drobnego, dziewczęcego niemal łona. Widział przede wszystkim uśmiech jej radosny, na widok klejnotu, świecącego w jej dłoniach... Uczuł, że uśmiech ten tanio byłby zapłacony, gdyby jej za niego rzucił pod nogi te wszystkie drogocenne rzeczy, za szybą wystawową błyszczące, ba! gdyby jej całą Wenecję ze wszystkimi skarbami pod nogi rzucił!

Gwałtowne pragnienie uderzyło mu do głowy, jak dur ze starego wina. Nachylił się i począł patrzeć na maleńką karteczkę, na której cena naszyjnika była wypisana. Z górą dziewięć tysięcy franków! Nie miał takiej sumy przy sobie i w ogóle niełatwo by mu było zdobyć się na nią. Mimo to zaczął szybko przeliczać w myśli pieniądze, jakie posiadał, i kombinować, czyby nie mógł telegraficznie zażądać brakującej reszty z banku w Krakowie, z którym miał stosunki.

Po pewnym czasie roześmiał się sam ze siebie. Przecież, oby to było szaleństwo! Żona słusznie, zamiast się ucieszyć i podziękować mu, raczej wymówki by mu robiła, że wyrzuca w ten sposób grosz, którego właściwie bynajmniej nie mają do zbytku. Uczuł całą śmieszną nędzę swoją i zagryzł z bólu wargi aż do krwi.

Tymczasem wyszedł ktoś ze sklepu i mówił coś do niego. Spostrzegł, że to sprzedający, zauważywszy jego zaciekawienie, zaprasza go do wnętrza. Wszedł machinalnie, nie wiedząc właściwie, po co. Stał i patrzył na różne klejnoty, jakie mu pokazywano. Zorientował się nareszcie, że tak bez końca przecież stać nie może i jakiś fałszywy iście polski wstyd skłonił go do kupienia czegokolwiek. Wziął bez wyboru jakiś sznur korali, za kilkadziesiąt franków, który mu się zresztą wcale nie podobał i wyszedł ze sklepu.

— Po co ja to kupiłem? — myślał, otwierając dłoń, zaciśniętą około nabytku, którego sobie nawet opakować nie pozwolił, aby tylko uciec jak najprędzej.

Patrzył na duże a brzydkie korale i porównywał je w myśli z perłami, które oglądał przed chwilą. Zaśmiał się znowu boleśnie. Przecież tego jej nie da! Tego marnego lichego podarunku, jaki się wiernej kucharce po kilkuletniej służbie przywozi. Smutek ogromny wypełnił mu piersi.

Przechodziła koło niego jakaś czarna, smukła dziewczyna wenecka — spojrzała chciwie na korale, które w dłoni trzymał. Schwycił jej wzrok w przelocie. Odruchowo rzucił jej sznur na ręce i nie czekając nawet podziękowania zdumionej i niemal przerażonej niepojętą hojnością nieznajomego, pobiegł w stronę starych Prokuracji.

Naraz zobaczył żonę siedzącą pod filarem... Nie dowierzał początkowo własnym oczom. Tak dalece nie spodziewał się jej tutaj spotkać, że sądził, że to tylko złudzenie. Było mu ono jednak tak miłe i wbrew temu wszystkiemu, co przez całą drogę wmawiał w siebie, tak głęboką napełniło go radością, że bojąc się po prostu, aby nie prysło, nie zbliżał się. Usiadł opodal na jakiejś skórzanej kanapce kawiarnianej pod murem z tyłu za jasnowłosą kobietą i patrzył...

Po chwili był już pewien, że to jego Zośka tam siedzi. Nikt inny na świecie nie mógł mieć tego ruchu głową ani takich sypkich, niesfornych włosów złocistych. Nie potrzebował nawet widzieć jej twarzy, którą stale była odeń odwrócona.

Mimo to nie podchodził jeszcze. Ogarnęła go jakaś smutna obawa, że ona może nie być rada z tego spotkania, że gdy spojrzy jej na twarz, wyczyta tam tylko zdumienie, może nawet przykre... Dobrze mu było siedzieć tak zdała i patrzyć, bał się psuć tej chwili.

Jakaś nieładna i gruba kwieciarka67 wsuwała w butonierkę goździk, wyjęty z kosza, który miała na ręku. Popatrzył na kwiaty. Z wolna zabrał oburącz wszystkie, jakie były w koszu...

Fa dieci lire, signore68...

Podał jej pieniądz papierowy i z pełnym naręczem kwiatów postąpił naraz ku stolikowi, gdzie siedziała pani Zośka.

Obejrzała się właśnie, dostrzegła go. Nagły błysk radości przebiegł jej po twarzy.

— Och Mietek, jakiś ty dobry!

Zmieszał się jak student.

— Zupełnie przypadkiem się tutaj znalazłem.

Stała już przy nim.

— Wszystko jedno, wszystko jedno! Dobrze, że jesteś! Tak chciałam, żebyś tu był w tej chwili. O, kwiaty! To dla mnie, prawda?

— Niespodzianym ruchem przygarnęła jego głowę ramieniem i pocałowała.

— Zośka, Zośka moja — szepnął, podnosząc jej ręce do ust.

— Chodź, siadaj. Tu blisko. Ładny jesteś i tak dzisiaj młodo wyglądasz... Tęskniłam za tobą. Tam w Monte Carlo może nie, ale dziś, tutaj...

Schwyciła go naraz za rękę i przymykając nieco oczy, szepnęła przez zaciśnięte zęby:

— Kochasz?

— Tak.

— Powiedz wyraźnie.

— Kocham, kocham...

— Mów mi to. Chcę słyszeć. Chcę, żeby mi się zdawało.

Urwała nagle w środku zdania.

— Co? Co ci się ma zdawać?

— Nic już, nic... Dobrze naprawdę, żeś przyjechał. Tak mi było smutno i taka się czułam opuszczona, samotna.

Oparta na jego ramieniu patrzyła spod opuszczonych powiek na złoty kościół, na pałac marmurowy, na morze. Ciche westchnienie wzniosło jej pierś.


Gondolier mówił:

Ja państwo przewiozę69. Popłyniemy daleko, daleko, gdzie państwo tylko zechcą. Ja pana poznaję. Pan dziś po południu podarował korale mojej dziewczynie. Pokazywała mi pana.. Byłbym zazdrosny. Ale gdy teraz widzę, że pan jest con sua signorina tanto amata70...

Uśmiechnęła się do niego:

— Widzisz, biorą mnie za twoją kochankę...

— Jesteś mi kochanką jedyną! — odparł, podając jej dłoń, aby wsiadła do łódki.

Morze opadło zupełnie i uspokoiło się. Laguna lśniła w blasku pełnego księżyca, znaczona latarniami, wskazującymi pomiędzy mielizny drogę do dużych okrętów. Jeden wielki statek stał w pobliżu Dogany gotowy do odjazdu, słychać było nawoływania załogi, na pokładzie błyszczały ruchliwe światła...

Przewinęli się na cichej gondoli około statku i płynęli gdzieś poza San Giorgio Maggiore.

— Dokąd ci ludzie jadą na tym okręcie — mówiła Butrymowa, wsparta w gondoli o ramię męża. — Wiesz, gdyby to tak można siąść na jaki okręt i popłynąć, nie wiedząc nawet dokąd? Może by tam gdzieś na końcu świata znalazł się nareszcie kraj, gdzie ludzie mogą być ze sobą, bez tego wszystkiego, co nas tutaj w codziennym życiu otacza.

Wstrząsnęła się i zakryła oczy rękoma.

— Nie! Nie chcę o tym myśleć. Dzisiaj jest dzień z bajki, ze ślicznej, złotej bajki, co ma wachlarz z tęczowych pawich piór. Wszystko musi być jak w bajce. Tyś się zjawił tak niespodziewanie i ja tak jakoś dzisiaj cię kocham...

— Zośka, czy w bajce tylko?

— Nie pytaj! Ja widocznie nie umiem żyć inaczej, jak tylko w bajce. Może to nawet całe nieszczęście, że ty tego nie rozumiesz. Nie powinnam była wcale wychodzić za mąż. Spodobałeś mi się, więc trzeba mi było spędzić z tobą rok czy pół roku, a potem iść sobie.

Ogarnął ją ramionami.

— Dziecko!

— Wiem, co chcesz powiedzieć. Oburzony jesteś moją „niemoralnością”, A przecież gdybym była mężczyzną i coś podobnego powiedziała...

— Tak, gdybyś była mężczyzną...

— Nie brałbyś mi tego wcale za złe. A dziś z powodu śmiesznych uprzedzeń, które kobiecie narzucono...

Zamknął jej usta dłonią.

— Zośka, nie mów już. Powiedziałaś, że dzisiaj ma być dzień z bajki. Niechże więc tak będzie. Zapomnij o wszystkim, nad czym się rozumuje i wyczuwaj tylko cicho, cichutko, jak się ta łódź na lagunie kołysze...

— Chłodno mi — szepnęła z lekkim dreszczem.

Przygarnął ją silniej do siebie i okrył połą szerokiego płaszcza.

— Dobrze tak? Teraz dobrze?

— Dobrze.

Przytulona do niego, patrzyła przed siebie szeroko rozwartymi, zastygłymi oczyma.

Wypłynęli już daleko poza San Giorgio Maggiore i zdążali okólną drogą w stronę Lido. Księżyc skrzył się na uciszonej zupełnie lagunie, cała linia miasta, długa i wyciągnięta, świeciła przed nimi latarniami, płonącymi na Riva dei Schiavoni. Było to wszystko naprawdę jak w bajce. Jakiś gród świetlisty, zaczarowany, wstający z ciemnego morza, po którym jeno drobnymi światełkami drogi ku niemu się znaczą... Nad koronkowymi arkadami marmurowa ściana pałacu dożów płonęła różowym odblaskiem, wieża świętego Marka, od lamp niewidocznych, na Placu ukrytych, jasna, stała jak wodotrysk białego ognia lub olbrzymia, świecąca sopla lodu na niebie, gwiazdami usianym. Dalej, znacznie dalej, na prawo na końcu jasnej linii wybrzeża kłębiły się w rzadko latarnią przetkanym mroku bujne drzewa Ogrodów Publicznych.

Butrym nachylił się nad żoną. Spostrzegł, że w rozwartych oczach ma łzy.

— Zosik, co tobie?

— Nic... biedna jestem, naprawdę tak bardzo biedna.

Gwałtownym ruchem przytuliła się silniej do niego.

— Mietku! Zrób ty co, żebym ja ciebie kochała. Więcej już w tej chwili, więcej! Daleko więcej. Byłabym może szczęśliwa.

Posmutniał głęboko.

— I cóż ja mogę zrobić? Jestem już naprawdę bezsilnym w tym względzie. Życie bym gotów dać, gdybym wiedział, że to co pomoże. I ja bym wtedy był szczęśliwy.

— Kochaj mnie przynajmniej ty.

— Kocham cię, złota, jedyna moja.

— Bardzo! Bardzo! Chcę tak bardzo, że już więcej nie można.

Nachylił się ku niej i mówił głosem łamiącym się w krtani od jakichś tłumionych łez:

— Kocham cię więcej, aniżeli możesz myśleć... Aż wstyd mi się przyznać do tego! Kocham cię! Chcę!

Przymknęła oczy.

Późno wstali od obiadu; było już około dziewiątej. Pani Zośce, która zazwyczaj nic nie pijała, błyszczały oczy po paru szklankach krwawego wina z Valpolcello.

— Co będziemy teraz robić? — spytał Butrym.

— Co chcesz. Bawić się chcę.

— Do teatru?

— Nie. To nudne. Nie dość po włosku rozumiem. Zresztą chciałabym dzisiaj być bardzo wesoła, zrobić coś takiego, czego się zwykle nie robi. Czy tu niema jakich nocnych lokalów z tańcami? Przecież ty musisz wiedzieć.

Profesor wziął gazetę w rękę.

— Owszem — rzekł, patrząc w ogłoszenia — jest tango, ale to dopiero zaczyna się około północy. Teraz, gdybyś chciała, moglibyśmy chyba iść do Variete, odbywa się Lotta libera pel campionato del mondo71...

— Co to znaczy?

Catch as catch can, „Chwytaj jak się da”, zapasy amerykańskie o mistrzostwo światowe.

— Czy to ciekawe?

— Walka brutalna i nielitościwa, z całym aparatem wykręcania rąk i nóg, duszenia krtani i tym podobnych chwytów. Ale widzę kilka ciekawych nazwisk. Zresztą możemy przecież wyjść każdej chwili, gdy zechcesz.

— Chodźmy, chodźmy! Abyśmy się nie spóźnili. Nigdy tego nie widziałam.

— Mamy czas. Zapasy wypełniają dopiero drugą część widowiska. Pierwsze to zwyczajne produkcje szansonistek i tanecznic.

Gdy weszli, zastawiona stolikami sala była już niemal pełna. Zajęli wolne boczne miejsca i kazali sobie podać flaszkę białego wina z Capri. Na scenie w głębi śpiewała jakaś podle wymalowana „męczennica sztuki”, na którą nikt nie zwracał uwagi. Publiczność, zajęta mającymi się wkrótce odbyć zapasami, nie troszcząc się o śpiewaczkę, rozmawiała półgłosem i oceniała szanse występujących dziś zapaśników.

Butrymowi przypomniała się Mary i żal mu się zrobiło biednej, wymalowanej i starzejącej się już szansonistki, robiącej na próżno miny, w założeniu tkliwe a w rezultacie zupełnie komiczne. Gdy skończyła śpiewać, dał jej krótki oklask. Ci, co to zauważyli, zaczęli sykać i śmiać się, patrząc nań lekceważąco.

Po kilku podobnych, na szczęście krótkotrwałych występach, którym jednak pani Zośka z dziecinnym zajęciem się przyglądała, pojawiła się tancerka, znana widowni i lubiana, bo przywitano ją burzą oklasków.

Była wysoka, smukła, w długiej powłóczystej sukni, przez której przezroczystą materię rysowały się wspaniałą rzeźbą cielistymi trykotami obciągnięte nogi. Ręce i ramiona miała nagie, wycięcie z tyłu pasa niemal sięgało.

Twarzą, cokolwiek zaledwie podmalowaną, uśmiechnęła się przyjaźnie do publiczności i w takt muzyki zaczęła taniec jakiś poważny. Po skończeniu zniknęła na parę chwil za kulisami i pojawiła się znowu, tym razem w innym już stroju. Suknię odrzuciła, trykot tylko miała na sobie obcisły, wspaniałe a subtelne kształty jej uwydatniający i szeroki, muślinowy szal w ręku. Rozpoczął się taniec coraz szaleńszy i coraz więcej wyuzdany. Gibkie członki tanecznicy przechylały się w pląsach i wiły przed oczyma zachwyconej publiczności, jej drobne, piękne usta uśmiechały się ciągle niewinnie i ponętnie...

Butrym spojrzał na żonę. Chłonęła tanecznicę szeroko rozwartymi oczyma, na twarz wystąpiły jej gorączkowe wypieki. Uśmiechnął się.

— Podoba ci się?

— Ach, cudna jest! Cudna!

Nareszcie taniec się skończył. Tancerka znużona z głębokim ukłonem i z wdzięcznym na twarzy uśmiechem cofała się za zsuwającą się zasłonę. Ale publiczność po prostu oszalała. Zaczęto klaskać, wołać, tupać i stukać laskami, nie dając jej odejść.

— Jeszcze! Jeszcze! Fuori! Da capo! Bis!72 – krzyczano zewsząd..

Tancerka ukazała się na moment przed zasłoną, jeszcze jeden ukłon, jeden uśmiech ku sali rzuciła i chciała odejść, muzyka antraktowa już jakąś uwerturę dla przerwania owacji grać zaczynała. Ale to się nie udało. Podniósł się wrzask i krzyk ogłuszający, na muzykantów zaczęto rzucać kapeluszami, bito laskami w stoły i krzesłami o podłogę.

Che danzi ancora! che danzi! Fuori!73

Ktoś krzyknął w głębi:

Che venga nuda!74

I naraz cała sala poczęła ryczeć:

Nuda! Nuda! Nuda! Che danzi nuda!75

— Czego oni chcą? — spytała pani Zośka.

— Aby tańczyła nago.

Oczy jej się rozjarzyły.

— I będzie?

— Nie wiem.

Tymczasem na znak, że wszechwładna publiczność odniosła zwycięstwo, zasłona przed scenką rozsuwała się powoli. Umilkli naraz wszyscy. Światła na sali przyciemniały się kolejno, zapanował półmrok, w którym jarzyła się tylko na scenie jasna plama, reflektorem z góry rzucona. Muzyka rozpoczęła z cicha taniec jakiś fantastyczny.

— Patrz! — zawołała pani Zośka, chwytając męża za rękę.

Tancerka wbiegła znów na scenę. Z wyjątkiem opasania koło biódr i okrągłych tarcz, naszywanych fałszywymi brylantami na piersiach, nie miała nic na sobie. Skóra jej cudownie miękka i młoda o ciepłym kolorycie lśniła jak najprzedniejszy aksamit. Bose nogi o długich, zaróżowionych na końcu palcach i różowych, suchych piętach drgały w drobnych, wytwornych pląsach. Tors przeginał się i prężył, spod spuszczonych rzęs przebłyskiwały palące oczy, a usta uśmiechały się ciągle niewinnie i słodko...

Skończyło się.

Ktoś rzucił wiązkę kwiatów, ktoś łańcuszek złoty od zegarka, nie klaskano już prawie, szept tylko szedł po sali zachwycony i głęboki:

Bella, bella! E bella!

W antrakcie pani Zośka zwróciła się do Butryma z płonącymi jeszcze wciąż oczyma.

— Och, jakie one szczęśliwe!

— Kto? — zapytał z rzeczywistym zdumieniem.

— One, te wszystkie, które śpiewają, tańczą, dają się podziwiać, budzą zachwyt!

Przyszło mu na myśl, że mógłby jej w tej chwili opowiedzieć historię o „szczęściu” tych istot, znaną sobie dobrze i z niedawna, ale zamilkł przezornie. Ruszył tylko ramionami i po chwili rzekł dość obojętnie:

— Czy nie myślisz jednak, że to jest przykre, pokazywać się tak nago lub prawie nago przed publicznością?

— Dlaczego? — zapytała zupełnie szczerze.

— Jak to: dlaczego? Przecież...

— Przecież co? Widzisz, że nie wiesz co odpowiedzieć. Ja myślę owszem, że to jest bardzo, bardzo przyjemne.

— Teraz ja ciebie nie rozumiem.

— Naturalnie, bo ty w tej chwili pamiętasz wciąż o tym, że to mówię ja, twoja żona. Ale pomyśl: przecież ja jestem piękna. No powiedz, co? Jestem piękna?

Skinął głową.

— Wiesz o tym.

— Tak, wiem. I oprócz mnie nikt o tym nie wie. Chyba ty jeden, bo nikt mnie więcej na świecie taką, jaką jestem, nie widział. Ale i ty dawniej nie widziałeś mnie, boś mnie nie kochał, teraz nie widzisz mnie, boś się do mnie przyzwyczaił, któż patrzy na żonę!

— Zośka!...

— I czy to nie grzech? Czy nie grzech! Jeszcze rok, dwa czy cztery i zwiędnę, przekwitnę, i tak się dzieje z setkami, a przynajmniej z dziesiątkami kobiet, o których nikt nie wie, że były piękne i zasługiwały w młodości na to, żeby rzeźbiarze posągi z nich kuli... Ta jest szczęśliwa, bo ta przynajmniej nie na próżno jest piękna.

— Nie wiem, co na to odpowiedzieć...

— Wierzę!

Uśmiechnął się z lekkim zakłopotaniem, a potem naraz wzniósł głowę i popatrzył jej w oczy jasnym, głębokim wzrokiem.

— Słuchaj, czy to koniecznie potrzebny cudzy podziw? Czy ja na przykład chcę... żeby mnie podziwiano, że, w swoim zawodzie..., jestem mądry, mądrzejszy niż wielu to pojąć jest zdolnych?

Pojrzała na niego uważnie.

— A jednak podziwiają cię ludzie, masz sławę...

Daleki uśmiech błąkał mu się po ustach.

— Sławę... A przecież nikt całej myśli mojej nie zna, tak, jak nie znają piękności twojej ci, co patrzą na ciebie.

Powieki opadły jej z wolna do połowy źrenic, nieruchomie w niego wpatrzonych.

— Tak, piękny jesteś i ty, i młody zawsze, i mój... mój...

Zarumienił się nagle i spuścił oczy.

— Och! Zośka! A przecież tak strasznie głupi jestem w życiu, tak okropnie nie umiem sobie dać rady z tym, co mi jest najdroższe...

— Ze mną?

— Tak. Z tobą.

Przysunęła się doń nieznacznie i dotknęła ramieniem jego ramienia.

— Kochałeś kogo tak, jak mnie?

— Nie, nigdy nikogo.

— Ale w ogóle kochałeś się także, nim mnie poznałeś? No, powiedz! Przecież ja wiem.

— Po co pytasz? — mruknął z niesmakiem.

Jakiś nierozumny, złośliwy półśmiech przewinął się po jej wąskich wargach.

— Opowiedz, jak to było? W tej — jakże jej tam? — W tej malarce z Paryża, która później wyszła za mąż. Wiem, że miałeś z nią romans.

Zmarszczył brwi gwałtownie.

— Dziwnie niestosowną porę wybierasz na żądanie ode mnie zwierzeń doprawdy niesmacznych!

— A widzisz. Ja to przecież wiem i muszę to znieść. A gdybym tak ja była z kim miała romans, nim ciebie poznałam...

Na nowo rozpoczynające się przedstawienie uwolniło Butryma od odpowiedzi.

Na scenie przedstawiano zapaśników. W odróżnieniu od siłaczy, biorących zazwyczaj udział w regularnych zapasach, gdzie przeważnie siła sama, znaczna waga i nienaturalny rozrost mięśni górnej połowy ciała mają znaczenie, byli to przeważnie ludzie smukli, średniej wagi i niezmiernie harmonijnie zbudowani, o żelaznych, ale bynajmniej nie przesadnie rozwiniętych muskułach. Butrym, sam gimnastyk doskonały i sportowiec, ćwiczył się także niegdyś jako amator w lekkiej atletyce, z zajęciem też teraz przypatrywał się stojącym w rzędzie, nagim zapaśnikom. Skorzystał ze sposobności, aby przerwać przykrą rozmowę i począł dawać żonie niektóre objaśnienia, zawodów tego rodzaju się tyczące.

Na pierwszy ogień wystąpił niewielki Japończyk, o mięśniach gładkich, jakby warstwą podskórnego tłuszczu powleczonych. Za przeciwnika miał Francuza o jasnej czuprynie i dużych, niebieskich oczach, z chłopięcym niemal wyrazem twarzy. Zbliżali się do siebie z wolna, pochyleni, z łokciami przyciśniętymi do żeber, z wyciągniętymi przed siebie dłońmi. Patrzyli sobie w oczy...

W chwili, gdy wedle regulaminu ręce sobie podawali, Japończyk nagłym rzutem podbił nogę Francuzowi. Ten jednak cofnął ją dość wcześnie, aby ujść ciosu przeciwnika i chwycił go błyskawicznie ramieniem za kark. Japończyk odbił się od ziemi, przewinął się kozłem ponad ramię Francuza i chwycił go z tyłu za nogi powyżej kostek. Runęli obaj i zaczęło się potworne zmaganie dwóch potężnych, prężących się i sprężystych ciał. Naraz, kiedy tuż przy rampie sceny Japończyk usiłował przerzucić przeciwnika przez głowę na wznak, ten, rzuciwszy się rybim ruchem gwałtownie w bok, runął w dół na orkiestrę, pociągając współzawodnika za sobą.

Przerwano naturalnie tak ciekawie rozpoczętą walkę, Japończyk zwichnął sobie nogę, Francuz miał skaleczoną rękę powyżej łokcia.

Po krótkiej przerwie wystąpiła druga para zapaśników: młody, szczupły Włoch i górujący nad nim olbrzymią siłą i wagą opasły, dobrze już siwiejący Niemiec. Walka przeciągała się długo. Włoch, nie mogąc na siłę mięśni sprostać Niemcowi, wyzyskiwał wobec niego swoją iście bajeczną zręczność. Kilkakrotnie bliski porażki, jakimś nieprawdopodobnym, zwinnym ruchem piskorza wydostawał się spod przeciwnika i stał znów na nogach, do dalszej walki gotowy. Wreszcie — po kilkunastu minutach — zdawało się, że wyczerpany ulegnie już olbrzymowi. Rzucony w tył, padł na wznak, ale barkami ziemi jeszcze nie dotknął. Wsparł się o nią tylko głową, łokciami w tył wygiętymi i szeroko rozstawionymi stopami. Niemiec wwalił się na niego całym ciężarem cielska i powoli, systematycznie, ująwszy go za przeguby dłoni, potworną siłą począł ręce jego od ziemi odrywać. Mięśnie Włocha napięły się i poczerwieniały z wysiłku, ale nie zdołały się oprzeć. Ręce jego w kleszczach niemieckich łap wznosiły się z wolna aż ku piersiom. Leżał już teraz, jak łuk ku górze wygięty, wspierając się o ziemię tylko potylicą głowy i piętami. W tej chwili Niemiec dźwignął się nieco i ciężarem swoich stu dwudziestu kilogramów uderzył jak taranem w brzuch przeciwnika. Włoch ugiął się, jak doskonały resor powozowy, ale ziemi plecami nie dotknął. Pod powtórnym ciosem rozpłaszczył się nieco więcej, żyły na nogi wystąpiły mu sinymi pręgami — znać było, że trzeciego uderzenia już nie wytrzyma. W chwili jednak, kiedy olbrzym uniósł się znowu, by po raz ostatni uderzyć i do ziemi go przygnieść, jakimś niewiarygodnym, rozpaczliwym rzutem wysunął się spod niego i zerwał się na nogi. Niemiec z całym rozmachem gruchnął brzuchem o ziemię i w tym momencie za stopy przez własną głowę przerzucony, upadł na obie łopatki.

Burza oklasków powitała niespodziewane zwycięstwo. Pani Zośka, rozgorączkowana, nie była w tych owacjach ostatnią: biła z zapałem w drobne dłonie, oczy jej świeciły radością. Zwróciła się do męża:

— Czy kobiety biorą udział w takich zawodach?

— O ile wiem, do tego czasu nie. Walka nazbyt brutalna i przeto dla organizmu kobiecego niebezpieczna.

— To by było cudowne, gdyby tak kobieta zręcznością zwyciężyła takiego męskiego potwora jak ten Niemiec.

— Bądź spokojna. Kobiety zwyciężają zawsze. Nie potrzeba na to cyrku ani sceny... Tu byłoby może trudniej. Patrz tylko!

Rzeczywiście rozpoczynające się trzecie spotkanie mogło służyć za przykład nielitościwej brutalności walki catch as catch can. Przeciw pięknie zbudowanemu Bułgarowi wystąpił Belg o flamandzkim nazwisku, rosły, silny i smukły, o kwadratowej głowie, zwierzęco rozwiniętych szczękach i małym, krótkim nosie. Siły i zręczność zapaśników były mniej więcej równe, ale podczas gdy Bułgar walczył z pewną rycerską wytwornością, Belg nie przebierał w środkach i używał wszystkich, w tej strasznej walce niezakazanych chwytów, posuwając się nawet niekiedy poza dozwoloną granicę, co kilkakrotnie dało powód do interwencji sędziego i żywych protestów publiczności. A więc skręcał ręce i nogi przeciwnikowi, wyłamywał mu palce, dusił za gardło, zatykał dłonią nos i usta albo powalonego w straszliwy sposób piłował kościstą brodą po żebrach. Bułgar znosił to wszystko z nadludzką wytrzymałością, broniąc się przy tym uporczywie i skutecznie. W pewnej chwili, gdy upadł na twarz, Belg wywinął mu zręcznym ruchem lewe ramię na plecy i począł je wykręcać całą mocą, trzymając równocześnie stopę na jego przygiętym karku, a kolanem drugiej nogi gniotąc mu żebra. Wargi poczęły się Bułgarowi rozwierać i drgać z bólu, oczy zaszły mu krwią, zda się, że słychać było trzask kości i ścięgien w wyłamywanym ramieniu. Ale zacisnął zęby i nie chciał się uznać za pokonanego, czym byłby walkę przerwał. Pot coraz obfitszy spływał mu z czoła.

Publiczność zaczęła się niepokoić, a wreszcie krzyczeć i grozić brutalnemu Belgowi. Kilka kobiet wyszło z sali, jedna dostała histerycznego śmiechu.

Via! via! — krzyczano — przerwać walkę! Precz!

Sędzia powstał i obejrzał dokładnie zmagających się w straszliwej nieruchomości zapaśników. Rozłożył ręce bezradnie na znak, że to wszystko, co Belg robi, nie jest przepisami tej walki wykluczone. Bułgar wreszcie niesłychanym wysiłkiem zdołał się unieść i, obalając sobą w tył przeciwnika, uwolnić się z jego żelaznego uścisku. Radosne brawa i wołania rozległy się dokoła. Były jednak przedwczesne. Zagrożony zapaśnik nagle zatkał mu usta szeroką dłonią i dwoma wysuniętymi jej palcami nacisnął oczy. Gdy sędzia dostrzegł ten niedozwolony ruch, poskoczył błyskawicznie i całkiem ordynarnie trzepnął Belga w gębę. Zerwał się olbrzym i zamierzył się ściśniętą pięścią na sędziego. Ten jednak, we fraku swym zaledwie pod pachę nagiemu wielkoludowi sięgający, patrzył nań spokojnie z drwiącym uśmiechem...

Belg się opamiętał i spuścił rękę. Wiedział, że uderzeniem byłby sobie zamknął raz na zawsze możliwość występowania nadal gdziekolwiek w zapasach.

Walka rozpoczęła się na nowo, a gdy wreszcie po jakimś czasie Bułgar uległ, rozległy się, miast oklasków, krzyki i gwizdania pod adresem zwycięzcy. Ten pokazał publiczności język i wyszedł. Pokonanemu Bułgarowi urządzono owację.

— Chodźmy już — rzekła Butrymowa do męża, blada i drżąca. — To jest zbyt okropne, nie mogę patrzeć.

— Nie. Nie wychodź pod wrażeniem tej walki, bo cię będzie gnębić jej wspomnienie. Poczekaj jeszcze, teraz walczy przeciw amerykańskiemu negrowi76 Anglik Cherpillod, dotychczasowy szampion77 świata w tych zapasach. Zobaczysz walkę szlachetną i piękną, która cię nieco uspokoi. Cherpillod, zaufany w swym mistrzostwie, wyznaczył nagrodę tysiąca franków dla każdego, kto mu się potrafi dłużej, niż dziesięć minut opierać, a w tym Murzynie ma potężnego przeciwnika.

Zapaśnicy stali już na estradzie. Anglik wysoki, pięknie zbudowany, kościsty, z węzłami przecudnie rozwiniętych, a przecież nie spotworniałych mięśni, uśmiechał się przyjaźnie i jasno spod maleńkiego wąsa w przystojnej i inteligentnej twarzy. Stojący naprzeciw niego Murzyn jak z brązu odlany, patrzył na szampiona z mimowolną czcią na śmiesznej, trochę wystraszonej gębie.

Butrymową rozbawił od razu niezwykły kontrast tej pary.

— Przecież Murzyn kości mu połamie! Jest niewątpliwie dwa razy mocniejszy.

— Zobaczysz — odparł profesor.

I zobaczyła. Po kilkunastu sekundach przewaga Anglika była już niewątpliwie widoczna. Umiejętność jego i sztuka zapaśnicza po prostu zastanawiały. Po dwóch minutach znać było, że walczy już tylko z bezwładnym ciężarem ogromnego cielska murzyńskiego. A przecież ten negr, wytrzeszczający teraz oczy z niemym przerażeniem, był jednym z najlepszych, szeroko znanych i straszliwych zapaśników. Publiczność zaczynała się bawić.

Forza, Caffe-latte, forza! Nonn avete paura!78 — krzyczano wesoło, biorąc asumpt79 z kawowej skóry murzyna.

Caffe-latte bronił się, jak mógł, i bronił się rzeczywiście nader dzielnie. Wreszcie Anglik chwycił go za nogi pod kolanami i uniósłszy go w górę, jakby watą był wypchany, zakręcił straszliwego młyńca. Murzyn rozstawił szeroko ręce, na darmo usiłując znaleźć dla nich punkt oparcia. Gruchnął na ziemię, przygnieciony do niej błyskawicznie na obie łopatki kolanem Anglika.

— Pięć minut i cztery sekundy — obwieścił sędzia.

Bravo campione!80— wołano — poverino Caffe-latte81!

Teraz Butrym ujął żonę pod ramię.

— Pójdź. Są jeszcze dwie walki, ale nie będziemy na nie patrzeć. Lepiej wyjść teraz z uśmiechem na myśl o komicznej minie tego biednego „Kawy z mlekiem”.

— Nie rozumiem, jak ten Anglik mógł go zwyciężyć — mówiła pani Zośka, wychodząc.

— Pokonał go więcej mózgiem niż mięśniami, chociaż i te ma nadzwyczajne! Sztuka jego jest po prostu zdumiewająca, a przy tym nader szlachetna.

— Czyż myślisz, że i tego ohydnego Belga zdołałby powalić?

— Nie wiem. Przypuszczam. Chociaż w walce z tym brutalem prawdopodobnie i sam by wszelkich dozwolonych sposobów używał.

Butrym urwał, a potem dodał jakby do siebie:

— Szlachetność zbytnia w walce z nieprzebierającym w środkach przeciwnikiem gubi zazwyczaj bez ratunku.

Uśmiechnęła się nieznacznie i trochę lekceważąco.


W zacisznym pokoju starej oberży Cappello Nero przeciągając się na łóżku, mówiła Butrymowa do siedzącego obok męża:

— Nie będziemy dzisiaj spali przez całą noc.. Będziemy rozmawiali do samego rana. Chyba żebym ja już była bardzo, bardzo zmęczona... Wtedy zakołyszesz mnie do snu, pocałujesz mnie cichutko w oczy i będziesz tu siedział przy mnie, póki nie usnę.

Uśmiechnął się cicho.

— Dobrze, dziecino. Dopóki nie uśniesz.

— Tak. A teraz mów co do mnie... Tak mnie całowałeś, że mnie usta bolą. Opowiadaj mi teraz, jaką ładną, bardzo ładną bajkę.

— Znam tylko jedną — najładniejszą.

— Więc mów. Zaczyna się pewno tak: Była sobie raz taka biedna kobieta, której nikt naprawdę nie kochał...

— Nie. Inny początek. Było sobie raz dwoje bardzo biednych ludzi, którzy się kochali i mogli być ze sobą niesłychanie szczęśliwi, gdyby...

— Gdyby co?

— Gdyby nie byli oboje tak śmiesznie dziecinni. Grali ze sobą ciągle jakąś krwawą komedię nieporozumienia, jakby się wstydząc swojej miłości i nie chcąc szczęścia, które tak blisko, tak bardzo blisko się znajdowało. Nie chcieli po prostu uwierzyć, w to, że życie jest piękne i że przy dobrej woli wszystko w życiu może być ogromnie proste. Za dużo mówili o tym, co myślą i czują, zbyt często objawiali przelotny zły humor, miast nad nim panować, zanadto wagi przywiązywali do słów i do drobnostek, zamiast widzieć w sobie wzajemnie tylko to, co w nich było dobrego i jasnego...

— To wcale nie jest ładna bajka. To jest bardzo smutne, co mówisz.

— Ależ to dopiero początek, zaczynają, aby się skończyć wesoło. Otóż ci ludzie niemądrzy mieli i młodość, i zdrowie, i dużo radości życia w sobie, i w nie najgorszych znajdowali się stosunkach materialnych, a nade wszystko mieli ślicznego i bardzo ukochanego synka, lecz zamiast cieszyć się tym wszystkim, dręczyli się tylko przedziwnie i ustawicznie.

— Kto winien?

— Nikt nie był winien, Zośka. To było zupełnie głupie nieporozumienie i nic więcej. Musiało się też z czasem wyrównać. Nadszedł taki dzień, że dobra niewidzialna wróżką sprowadziła ich niby przypadkiem razem do cudownego, zaczarowanego miasta. Byli tam zupełnie sami wśród obcych sobie ludzi i przekonali się naraz, jak są sobie bliscy i drodzy, i jak im dobrze może być ze sobą. Zdawało mi się, że łuska im nagle spadła z oczu. Zaczęli się śmiać ze wszystkich dawnych nieporozumień. Zośka, tak serdecznie zaczęli się śmiać! I nie mówiąc nic o tym, postanowili sobie nadal nie utrudniać życia, lecz cieszyć się zawsze tym wszystkim, co ono im daje...

— Nie, nie! To wcale nie jest taka bajka, jaką się dzieciom do snu opowiada. Ja chcę takiej bajki w której przyjeżdża rycerz nieznany, na ślicznym, czarnym koniu... Młody rycerz, piękny i zakochany, i wyzwala królewnę, która dotąd była kopciuszkiem...

Rysy twarzy skrzywiły mu się boleśnie, ale zapanował nad sobą. Odparł ze śmiechem:

— Zośka, jakże ja ci taką bajkę opowiem? Nie umiem takiej bajki. A gdybym się nawet obawiał, że taka bajka może być, że się może zdarzyć kiedyś, tobym o niej mówił, lecz z zaciśniętymi zębami czekałbym jej nadejścia jak gromu...

Wysunęła rękę spod kołdry i dotknęła nią jego twarzy.

— Mietku, ty naprawdę tak myślisz?

— Wiem o tym — rzekł, cicho palce jej całując.

Naraz zaśmiała się głośno.

— Ha, ha, ha! Jakąż ty masz zabawnie tragiczną minę! Och, Boże!

Zmarszczył brwi mimo woli.

— Nie śmiej się.

— Jakże się nie mam śmiać, kiedy doprawdy! A wiesz, a propos rycerza z bajki... Poznałam tam w Monte Carlo młodego Hiszpana, o którym, zdaje się, pisałam ci nawet...

— Cóż z tego?

— Nic. Właśnie nic. A młody był i śliczny! Taki śliczny, że aż dreszcz mnie niespokojny przechodził, ilekroć na niego spojrzałam...

— Po co mi ty to mówisz?!

— A cóż w tym złego? Przecież nad tym człowiek nie panuje. Czyż ty nie patrzyłeś, czy nie patrzysz nigdy na żadną kobietę z takiem uczuciem, nawet teraz jeszcze, gdy jesteś moim mężem?

— Przypuśćmy. Są jednak różnice.

— No, proszę. Jakież?

— Przede wszystkim ja jestem mężczyzną...

— O! Tej różnicy, wiesz, że ja nie uznaję zgoła. Jestem tak samo człowiekiem i mam prawa te same.

— Nie, nie masz tych praw. Tu fizjologia rozstrzyga. Ale na razie mniejsza o to. Jest jednak jeszcze i ta różnica, że ja... nie mówię o tym, zwłaszcza w tak niewłaściwej chwili, jak ty teraz.

— Nie widzę w tym nic niewłaściwego. Okazuję tym tylko zaufanie do ciebie, że o tym mówię. A zresztą w tym, że mówię, masz najlepszy dowód, że nie było nic złego.

— Nic złego nie było!

— Naturalnie. Przyznam ci się wprawdzie, że prawie, prawie miałam ochotę puścić się z nim, po prostu dla spróbowania, jakby to wyglądało...

— Zośka!

— Nic się nie stało, nie bój się! Gdy mnie objął ramieniem i chciał pocałować, nagle ogarnął mnie taki niepojęty wstręt...

Butrym wstał i chodził dużymi krokami po pokoju.

— O cóż się ty dąsasz, Mietku? Chodź, siadaj tutaj z powrotem. Opowiem ci...

— Dość mi już opowiedziałaś.

Ruszyła niechętnie ramionami.

— To jest naprawdę zbyt głupie, że ja zawsze zapominam, iż z tobą jak z przyjacielem mówić nie można.

— Jak z przyjacielem! Wiesz, że cię kocham.

— Tak, tak. I dlatego patrzysz wciąż na mnie, jak na zamkniętą w haremie. Brr... jakież to obrzydliwe! Że też wy wszyscy tacy podli, tacy podli jesteście!

— Zośka, Zośka! Bój się Boga! Więc to ja teraz winien jestem?

— A któż?

Nie odpowiedział. Poszedł jeno do stolika opodal i usiadł, twarz ukrywając w obu dłoniach. Zaległo przez pewien czas milczenie.

Nagle pani Zośka wyskoczyła boso z łóżka i usiadła mężowi na kolanach. Odsunęła mu ręce z przed twarzy.

— Płaczesz? — zawołała, spojrzawszy mu w oczy. — Och, ty! Stary dzieciuchu!

Objęła go nagimi rękoma za szyję i zaczęła gorąco całować po twarzy, po oczach, po ustach...

Przez chwilę usiłował się bronić, a potem z nagłym wybuchem pochylił głowę na jej pierś.

— Zośka, Zośka!