I

Wiatr w pożółkłych huczy drzewach —

niebo pełne czarnych chmur,

A z ich kłębów kotłujących

księżycowy, martwy blask

Spłynie czasem ponad ziemię,

co spoczywa niby twór,

Ulepiony z mgieł i błota,

od promiennych z dala łask.

Nieodrodne dziecko ziemi,

jej słabości nikły wzór,

Sam się wlokę, jak ów rycerz,

gdy mu wzięto tarcz i kask

W jakimś strasznym, ciężkim boju —

lub jak ptak, odarty z piór,

Tak się wlokę, ogłuszony,

w tej wichury szum i trzask.

Ktoś mi szepce — widać, jakiś

odrętwieniu wrogi duch —,

Że ta ziemia pierś podnosi

i że jęczy na swój los —

Nic nie widzę! — nic nie słyszę!

na to–m stracił wzrok i słuch.

Tylko zmilknie wichr na chwilę,

księżyc chmur rozpędzi tłok,

Wówczas jakbym pierś tę widział

i rzęrzący słyszał głos —

I przeklinam wichr i księżyc,

żem miał znowu słuch i wzrok.