Grażyna1

(powieść litewska)

Coraz to ciemniej, wiatr północny chłodzi,

Na dole tuman2, a miesiąc3 wysoko

Pośród krążącej czarnych chmur powodzi

We mgle niecałe pokazował4 oko;

I świat był na kształt gmachu sklepionego,

A niebo na kształt sklepu5 ruchomego,

Księżyc jak okno, którędy dzień schodzi.

Zamek na barkach nowogródzkiej góry6

Od miesięcznego brał pozłotę blasku,

Po wałach z darni i po sinym piasku

Olbrzymim słupem łamał się cień bury,

Spadając w fosę, gdzie wśród wiecznych cieśni

Dyszała woda spod zielonych pleśni.

Miasto już spało, w zamku ognie zgasły,

Tylko po wałach i po basztach straże

Powtarzanymi płoszą senność hasły7;

Wtem się coś z dala na polu ukaże,

Jakowiś ludzie biegą8 tu po błoniach,

A gałąź cieniu9 za każdym się czerni,

A biegą prędko, muszą być na koniach;

A świecą mocno, muszą być pancerni10.

Zarżały konie, zagrzmiała podkowa:

Trzej to rycerze jadą wzdłuż parowa11,

Zjechali, stają, a pierwszy z rycerzy

Krzyknie, i w trąbkę mosiężną uderzy.

Uderzył potem raz drugi i trzeci,

Strażnik mu z baszty rogiem odpowiada;

Brzękły wrzeciądze12, pochodnia zaświeci

I most zwodzony z łoskotem opada.

Na tętent koni zbiegli się strażnicy,

Chcąc bliżej poznać i męże13, i stroje.

Pierwszy mąż jechał w zupełnej zbroicy,

Jaką zwykł Niemiec przywdziewać na boje;

I krzyż miał czarny na białej kapicy14,

I krzyż na piersiach u złotej petlicy15,

Trąbkę na plecach, kopiją16 u toku17,

Różaniec w pasie i szablę u boku.

Poznali męża Litwini z tych znaków;

Więc cicho jeden do drugiego szepce:

«To jakiś urwisz 18od psiarni19 Krzyżaków20;

Tuczny, bo pruską krew codziennie chłepce.

O, gdyby nie był nikt tu więcej z warty,

Zaraz by w bagnie skąpał się ten plucha2122,

Aż pod most pięścią zgiąłbym łeb zadarty!...»

Tak oni mówią; on niby nie słucha,

Lecz musiał słyszeć, bo się bardzo zdumiał,

A chociaż Niemiec, głos ludzki rozumiał23.

«Książę jest w zamku?» — «Jest; lecz o tej porze

Bardzoście wasze poselstwo spóźnili;

Dziś nie możecie stawić się we dworze,

Chyba na jutro». — «Jutro? Ani chwili!

Zaraz, natychmiast, choć w spóźnioną porę,

Litaworowi o posłach donieście;

Niebezpieczeństwo na mą głowę biorę,

A wy dla znaku pierścień tylko weźcie,

Nie trzeba więcej: skoro ujrzy godło,

Pozna, kto jestem i co nas przywiodło».

Cichość dokoła, zamek we śnie leży:

Co za dziw? Północ, jesienią noc długa...

Za cóż24 dotychczas w Litawora wieży

Lampa jak gwiazdka między kratą mruga?

Wszak dziś powrócił, jeździł w kraj daleki:

Snu potrzebują troskliwe powieki.

On przecie nie śpi. Posłano na zwiady:

Nie śpi. Lecz żaden z pałacowej straży,

Ani z dworzanów, ani z panów rady,

Do progu jego zbliżyć się nie waży.

Daremnie poseł i grozi, i prosi:

Groźba i prośba na nic się nie przyda;

Kazano wreszcie obudzić Rymwida.

On wolę pańską nosi i odnosi,

On głową w radzie, prawą ręką w boju,

Jego nazywa książę drugim sobą:

W obozie, w zamku, jemu każdą dobą

Wstęp do pańskiego otwarty pokoju.

W pokoju ciemno, i tylko od stoła

Kaganiec światłem konającem25 płonął.

Litawor chodził po gmachu26 dokoła,

A potem stanął i w myślach utonął.

Słucha, co Rymwid o Niemcach powiada;

Ale mu na to nic nie odpowiada;

To się rumieni, to wzdycha, to blednie,

Wydając twarzą troski niepowszednie.

Poszedł ku lampie, żeby ją poprawił27;

Wrzkomo28 poprawia, a do głębi ciśnie:

Wcisnął nareszcie i całkiem zadławił...

Nie wiem, przypadkiem czyli też umyślnie.

Snadź29, że poskromić nie mógł wnętrznej30 wrzawy,

I w pogodniejsze wystroić się lice31;

A jednak nie chciał, by sługa z postawy

Zgadnął pańskiego serca tajemnice.

Znowu komnatę obchodzi dokoła;

Lecz kiedy okna kratowane mijał,

Widna przy blasku miesięcznego koła,

Co się przez szyby i kraty przebijał,

Widna posępność zmarszczonego czoła,

Przycięte usta, oczu błyskawica

I surowego zagorzałość lica.

Potem w róg gmachu zwraca się z pośpiechem,

Każe podwoje zamknąć Rymwidowi.

Siadł i z kłamliwą spokojnością32 mówi,

Szyderskim33 mowę zaprawując34 śmiechem:

«Wszak mi sam z Wilna przywiozłeś, Rymwidzie,

Że Witołd, pan nasz możny i łaskawy35,

Miał mię podwyższyć książęciem36 na Lidzie

I spadłe dla mnie po żonie dzierżawy,

Jak swoję własność lub zdobycze cudze,

Litaworowi podarował słudze?...»

«To prawda, książę...» «My więc po te dary,

Jako przystało, wystąpimy godnie.

Każ wynieść na dwór książęce sztandary,

Zapalić w zamku ognie i pochodnie:

Gdzie są trębacze? Niechaj o północy

Zjadą na miasto i stanąwszy w rynku,

Na cztery wiatry trąbią z całej mocy,

A póty będą trąbić bez spoczynku,

Póki się wszystko rycerstwo rozbudzi.

Niech każdy piersi zbroją ubezpiecza,

Nasadzi groty i pociągnie miecza37.

Zgotować38 żywność dla koni i ludzi:

Każdemu z mężów zgotuje niewiasta,

Ile zjeść można od ranka do zmroku.

Czyj koń na paszy, sprowadzić do miasta,

Nakarmić i wziąć na drogę obroku39.

A skoro słońce z szczorsowskiej granicy

Pierwszym promieniem grób Mendoga draśnie40,

Wszyscy staniecie na Lidzkiej ulicy.

Czekać mię rzeźwo, zbrojno i zapaśnie41».

Tak mówi książę. Wprawdzie jego mowa

Zaleca zwykłe do drogi przybory:

Lecz za co42 nagle i niezwykłej pory?

Dlaczego postać była tak surowa?

A kiedy mówił, choć gwałtowne słowa

Biegą, że jedno drugiego nie ścignie:

Zda się, jakoby wyszła ich połowa,

A reszta w piersiach przytłumiona stygnie.

Ta postać coś mi niedobrego wróży,

I głos ten myśli spokojnej nie służy.

Umilkł Litawor; zdało się, że czeka,

Aż Rymwid z wziętym odejdzie rozkazem.

I Rymwid milczy, a odejście zwleka:

Bo to, co słyszał i co widział razem,

Kiedy stosuje i waży w rozumie,

Z lekkich słów ciężką rzecz odgadnąć umie.

Ale cóż pocznie? Zna, że książę młody

Namowom cudzym mało daje ucha,

I, nie lubiący43 w długie brnąć wywody,

Zamiary knuje w swojej głębi ducha;

A skoro uknuł, nie dba na przeszkody

I hamowany tym srożej wybucha.

Lecz Rymwid, jako wierna panu rada

I zacny rycerz w litewskim narodzie,

Zapewne hańbie niemałej podpada,

Gdzie by powszechnej nie zabieżał44 szkodzie.

Milczeć czy radzić? Na dwoje myśl dzieli;

Waha się, w końcu na drugie ośmieli.

«Panie, gdziekolwiek chęci twoje godzą,

Nigdyć na ludziach i koniach nie zbędzie:

Wskaż tylko drogę, my za twoją wodzą,

Nie patrząc kędy45, gotowi iść wszędzie;

I Rymwid pewnie nie przyjdzie ostatni.

Ale, o panie, na różnym miej względzie

Pospólstwo ślepe, twoich rąk narzędzie,

I mężów, którzy na coś więcej zdatni.

Bo i twój ojciec, choć lubił sam z siebie

Wyciągać skrycie przyszłych dzieł osnowy:

Jednak nim gminne miecze ku potrzebie46,

Wprzódy ku radzie mądre wzywał głowy;

Kędym ja nieraz z wolnym zdaniem siadał,

A com umyślił, śmiało wypowiadał.

Więc i dziś, wybacz, jeśli w szczerym głosie

Zeznam, co serce ustom przekazało.

Długo ja żyłem, i na siwym włosie

Dźwigam i czasów, i czynów niemało;

Przedsię47 dziś widzę, oby nie ze szkodą!

Rzecz dla nas starych niezwykłą i młodą.

Jeżeli prawda, że na Lidzkie państwo

Ciągniesz do twojej należące właści48,

Ten pochód skory coś na kształt napaści

Zrazi i nowe, i dawne poddaństwo;

Ci, jak zwycięzcy, czekają zdobyczy,

Tamci kajdanów, jak lud niewolniczy.

Zaraz po kraju wieść ziarna rozsypie,

Ucho je gminne chwyta i przesadza;

Skąd w końcu gorzki owoc się wyradza,

Co truje zgodę i co sławę szczypie49.

Okrzykną zaraz, żeś chciwy łupieży,

Wdarł się na państwo, któreć50 nie należy.

Inaczej cale51 po dawnym zwyczaju

Litewskie niegdyś stąpały książęta,

Niosąc stolicę do własnego kraju;

Tych książąt dobrze wiek mój zapamięta.

I jeśli zechcesz iść po starym trybie:

Spuszczaj się na mnie, w niczym nie uchybię.

Naprzód rycerstwo obeślemy wszędy:

I tych, co w mieście zostali się bliscy,

I co na wiejskie powrócili grzędy,

Mają na zamek zgromadzić się wszyscy;

Więc krewne pany, więc starsze urzędy,

Ku bezpieczeństwu a większej ozdobie,

Z sowitym52 pocztem niech staną przy tobie.

Co nim dokonasz, ja mogę tymczasem

Wyruszyć jutro, lub pojutrze z rana,

Ze służbą, z świętą osobą kapłana,

Tudzież z potrzebnym do uczty zapasem:

Aby się wszystko złatwiło na przodzie,

A na źwierzynie nie brakło i miodzie53.

Nie tylko bowiem sam naród prostaczy,

Lecz i starszyzna za łakocią54 goni;

A widząc zrazu55 pańskiej hojność dłoni,

Dobrze stąd sobie na przyszłość tłumaczy.

Tak zawżdy było w Litwie i na Żmudzi:

Jeśli nie wierzysz, pytaj starych ludzi».

Skończył, podchodzi ku oknom i doda:

«Wietrzno, niepewna na jutro pogoda.

Jakiegoś widzę rumaka przy wieży,

A tuż i rycerz oparty na łęku56,

Drudzy dwaj chodzą, konie wodząc w ręku

Posły niemieckie — poznałem z odzieży.

Czy ich zawołać? Czyli57 niech na dole

Przez usta sługi odbiorą twą wolę?».

To mówiąc, okno przymknięte zaszczepił58,

Niby niechcący, i patrzył i gadał:

Ale umyślnie pytanie uczepił,

By coś o posłach niemieckich wybadał.

Na to mu prędko Litawor odpowie:

«Jeżeli kiedy wychodzę po radę

Do cudzych, własnej nie ufając głowie,

Zawżdy twe zdanie na początku kładę:

Boś zewsząd godzien mojej czci i wiary,

Jak w polu młody, tak na radzie stary.

Więc choć nie lubię, by dzieł przyszłych końce59,

Lada czyjemu widne były oku...

Zamiar wylęgły w myślenia pomroku

Źle jest przed czasem wykazać na słońce.

Niechaj rzecz cała, dokonania bliska,

Jak piorun wprzódy zabija, niż błyska...

Przetoż ja krótko pytanie odbywam:

Kiedy? Dziś, jutro. Gdzie? Na Żmudź, do Rusi».

«To być nie może!» — «Będzie i być musi!...

Lecz dzisiaj tobie głąb serca rozkrywam.

Dlategom kazał do konia i zbroi,

Dlatego nagle i orężnie godzę:

Bo wiem Witołda, że z wojskami stoi60,

Gotowy wstręty czynić61 mi po drodze;

A może na to chciał do Lidy zwabić,

By zwabionego pojmać albo zabić.

Ale ja z mistrzem pruskiego Zakonu62

Tajemne zaraz związałem przymierze,

Aby mi swoje dał w pomoc rycerze;

Za co w nagrodę ustąpię część plonu63.

Jeśli, jak słyszę, przybyli posłowie,

Znać, żem na jego niezwiedziony słowie.

Wprzód więc nim zajdą siedmiorakie gwiazdy64,

Ruszymy przydać ku litewskiej sile

Niemców pancernej trzy tysiące jazdy

I pieszych knechtów we dwójnasób tyle65...

Będąc u mistrza, sam sobie wybrałem,

Jakie ma przysłać rumaki i chłopy,

Od wszystkich naszych ogromniejsze ciałem66,

Żelazem kute od głowy do stopy;

Wiesz, jako dzielnie brzeszczotami67 sieką

I dzidą srożsi od naszych daleko.

Knecht zasię każdy ma żelazną żmiję

Którą ołowiem i sadzą utuczy,

Potem, ku wrogom nawracając szyję,

Podrażni iskrą: wnet paszcza zahuczy

Ogniem i gromem, zrani lub zabije

Kogo jej strzelca trafny wzrok poruczy68.

Od takiej broni niegdyś obalony

Pradziad Gedymin na szańcach Wielony.

Wszystko gotowo69. Tajemnymi drogi70,

Jutro, gdy Witołd w zaufaniu zbytniem

Na Lidzie słabe zostawił załogi,

Wpadniem, podpalim, zabierzem i wytniem».

Rymwid, niezwykłą rażony nowiną,

Stał pewien dziwu, nieprzytomny sobie;

Przegląda71 burzę, myśli o sposobie;

Skłócone myśli jedne w drugich giną.

Ale rzecz nagła, próżno zwlekać zdanie,

Z gniewem i żalem zawoła: «O panie!

Bogdajbym nigdy nie dożył tej pory:

Brat przeciw bratu ma podnosić dłonie!

Wczora wyszczerbił na Niemcach topory72,

Dziś ma je ostrzyć ku Niemców obronie?

Zła jest niezgoda, ale gorszą zgodą

Chcesz nas pojednać: raczej ogień z wodą!

Zdarza się wprawdzie, że sąsiad sąsiada,

Z którym nieprzyjaźń toczył od lat wielu,

Uściska wreszcie, gniewne serce składa,

Jeden drugiego zowiąc: przyjacielu;

Że bardziej jeszcze niźli złe sąsiady,

Gniewne na siebie Litwiny i Lachy

Często u wspólnej pijają biesiady,

Snu używają pod jednymi dachy

I miecze łączą ku wspólnej potrzebie;

A jeszcze bardziej nad litewskie męże

I nad Polaki zawziętsi na siebie

Od wieku wieków są ludzie i węże:

A przecież, jeśli do domowych progów73

Wąż zaproszony gościem od człowieka,

Jeśli dla chwały nieśmiertelnych bogów

Litwin mu chleba nie skąpi i mleka,

Wtenczas gad swojski pełznie w jego ręce,

Społem wieczerza, z jednych kubków pija

I nieraz senne piersi niemowlęce

Mosiężnym wiankiem bez szkody obwija.

Lecz krzyżackiego gadu nie ugłaszcze

Nikt ni gościną, ni prośbą, ni dary!...

Małoż Prusaki i Mazowsza cary74,

Ziem, ludzi, złota wepchnęli mu w paszcze?

On, wiecznie głodny, choć pożarł tak wiele,

Na resztę naszę75 rozdziera gardziele.

Spólna moc tylko zdoła nas ocalić!

Darmo hordami ciągniemy co roku

Burzyć ich twierdze i mieściny palić:

Przebrzydły Zakon, podobny do smoku,

Jeden łeb utniesz, drugi rośnie skoro,

I ten ucięty rośnie w dziesięcioro —

Wszystkie utnijmy!... Na próżno się trudzi,

Kto naszych szczerze chce godzić z Krzyżaki:

Bo czy to z kniaziów, czyli z prostych ludzi,

Na Litwie całej nie znajdzie się taki,

Co by ich nie znał chytrości i dumy,

Nie stronił od nich jak od krymskiej dżumy;

Co by nie wolał stokroć, od ich broni

Raczej śmierć w polu, niźli pomoc zyskać,

Raczej żelazo rozpalone w dłoni

Niźli krzyżacką prawicę uściskać!

Lecz Witołd grozi?... Czyż bez obcych mieczy

Już nie zdołamy rozeprzeć się76 w polu?

Albo czy do tych kresów zaszły rzeczy,

Iż domowego naszych zwad kąkolu

Nie zdoła wyrwać dłoń bratniej przyjaźni,

Oręż dla cudzej zachowując kaźni?...

Skądże masz pewność, że słuszna twa skarga,

Że Witołd znowu stawiąc się77 upornie78

Zdrady napina i umowy targa?

Posłuchaj... szlij79 mnie do niego powtórnie...,

Wznowim umowę...» «Dość tego, Rymwidzie.

Znane mi dobrze Witołda umowy80:

Wczora mu taki wiatr zawiał do głowy,

Dzisiaj nań znowu co innego przyjdzie.

Wczora ufałem książęcemu słowu,

Że sobie Lidę w dziedzictwo zabiorę;

Dziś Witołd uknuł coś różnego znowu:

Na gwałt swobodną wyśledziwszy porę,

Gdy się do domów rozjechali moi,

A on u Wilna obozami stoi,

Dziś oznajmuje81, jakoby Lidzianie

Za swego pana słuchać mię nie chcieli;

Więc Witołd Lidę dla siebie wydzieli,

Mnie zaś w nagrodę inny kraj dostanie —

Pewnie Ruś gołą lub bagna Warega82!

Bo tam wskazana jest siedziba nasza,

Tam Witołd braci i krewnych wypłasza,

A świętą Litwę sam jeden zalega!

Patrz, jak uradził! A wie, na co radzić:

Bo w jedno bije, chociaż różną drogą;

Chciałby się jeden nad wszystkich posadzić

I sobie równych cisnąć pod swą nogą.

Przebóg! Czyż nie dość, że Witołda buta83

Na koniu wiecznie trzyma całą Litwę?

Pierś nasza wiecznie do zbroi przykuta,

Szyszaki już nam przyrosły do czoła;

Z łupów po łupy i z bitwy na bitwę,

Świat jako wielki zbiegliśmy dokoła:

To na Krzyżactwo, to znowu przez Tatry

Na Polski pięknie zbudowanej sioła,

Stamtąd po stepach żeglujące z wiatry84

Goniąc błędnego85 obozy Mogoła.

A cośmy skarbu z zamków wyłamali

I co żywego szablica nie dotnie,

Głód nie dogryzie, ogień nie dopali:

Jemu znosimy, spędzamy ochotnie86.

Na trudach naszych w potęgę urasta;

Od Fińskich zatok po Chazarów morze87

Wszystkie pod siebie zagarnął już miasta;

Sam w jakiem88 mieście! w jakim siedzi dworze!

Widziałem pysznych Krzyżaków warownie,

Na które Prusak nie spojrzy bez strachu:

A przecież mniejsze od Witołda gmachu,

Co jest na Wilnie lub trockiem jeziorze89!

Widziałem piękną dolinę przy Kownie90,

Kędy rusałek dłoń wiosną i latem

Ściele murawę, kraśnym dzierzga kwiatem;

Jest to dolina najpiękniejsza w świecie...

Lecz któż by wierzył? U syna Kiejstuta,

W pałacu świeższa murawa i kwiecie:

Takim podłoga kobiercem osnuta,

Takie po ścianach rozwisłe bisiory91,

Z liściem ze srebra i kwieciem ze złota:

Nad dzieło bogiń, nad smug różnowzory

Cudniejsza branek lechickich robota...

W kratach u niego szklanne okienice,

Przywoźne92 kędyś93 aż od ziemi końca,

Błyszczą jak polskich rycerzy zbroice,

Albo jak Niemen, przed oczyma słońca

Spod śniegu zimne gdy odsłoni lice.

A ja — com zyskał za rany i znoje?

Com zyskał, że od maleńkiego wieku

Z pieluchów zaraz przewiniony w zbroje,

Książę jak Tatar żył o końskim mleku?...

Cały dzień konno, w wieczór końska grzywa

Poduszką moją, przy niej noc wystoję,

A rankiem znowu trąba na koń wzywa...

Że wtenczas, kiedy moi rówiennicy94,

Jeżdżąc na kijach, szablami z łuczywa

Bezpiecznie sobie grali po ulicy,

By siwą matkę lub dziecinną siostrę

Zabawić wojny kłamanej obrazem:

Wtenczas z Tatary jam gonił na ostre95

Lub wręcz z Polaki96 ścinał się97 żelazem!

Przecież me państwa, od Erdwiłła czasu,

I piędzią szerzej ziemi nie zaległy98!...

Patrz na te mury z dębowego lasu99

I na ten pałac mój z czerwonej cegły;

Pójdź przez komnaty pradziadów siedliska:

Gdzie szklanne kuple100? Gdzie kruszcowe łupy?

Miasto101 blach złotych, mokry kamień błyska;

Miasto kobierców śniade mchu skorupy!

Cóżem chciał wynieść z ognia i kurzawy?

Państwa czy skarby? Nie; nic — kromia102 sławy!

Ale i sławą wszystkim ponad głowę

Witołd podleciał: Witołd wszystkich gasi!

Jego, jakoby drugiego Mindowę,

Na ucztach wielbią wajdeloci nasi103;

Jego na strunach i na wieszczym rymie

Do potomnego wysyłają blasku:

Nasze śród gminu kto wypatrzy imię?

Kto podjąć raczy z niepamięci piasku?...

Przecież nie zajrzym104. Niech walczy, niech gromi,

Niechaj się w imię i skarby bogaci:

Tylko — niech zęba chciwego poskromi,

Od swych ojczyców105, od ziemie106 swej braci!

Czyż dawno w środku pokoju i zgody

Gwałtem litewska wstrząśniona stolica?

Czyż dawno Witołd kniaziów wielkich grody

Naszedł i z tronu zmiótł Olgierdowica107

I sam owładał108? A tak lubi władać,

By jego poseł, jak Krywejty goniec109,

Książąt podwyższał albo zmuszał spadać!...

O! czas, że temu położymy koniec;

Czas, że po sobie jeździć nie dozwolim!...

Póki młodego w piersiach żywię ducha,

Póki żelazo ręki zdrowej słucha,

Dopóki koń mój ze skrzydłem sokolim,

Com z łupów krymskich jednego wziął sobie,

Jakiemu równy dany tobie drugi,

A jeszcze dziesięć rże przy moim żłobie,

Którymi wierne poobdzielam sługi...

Dopóki koń mój... póki szabla moja...»

Tu mu gniew słowa i tchnienie zatłoczył.

Umilkł, lecz chrzęstem ozwała się zbroja;

Znać, że się wzdrygnął i z miejsca wyskoczył.

Jakiż to płomień nad głową mu błysnął?

Jak oderwana gwiazda przez niebiosa

Spada, z długiego żary trzęsąc włosa:

Tak on brzeszczotem110 koło stropu cisnął

I siekł w podłogę; od tęgiego razu

Rzęsiste iskry sypnęły się z głazu.

Znowu ich głuche obeszło111 milczenie,

Znowu rzekł książę: «Dosyć próżnej mowy.

Oto noc prawie dochodzi połowy,

Wkrótce usłyszym drugich kurów pienie:

Wiesz, com rozkazał; bądźcie w pogotowiu,

Ja legnę, może duch troskliwy spocznie

I ciało trochę pokrzepię na zdrowiu,

Bom trzy dni nie spał. Teraz jeszcze mrocznie;

Lecz dziś zapełnia księżyc rogi nowiu,

Świt będzie widny: ruszymy niezwłocznie,

Synom Kiejstuta w Lidzie zostawimy,

Godne dziedzictwo — popioły i dymy!».

To powiedziawszy, usiadł i w dłoń klasnął.

Skoczyli słudzy, kazał zwlekać szaty

I legł, nie na to może, aby zasnął112,

Lecz aby Rymwid miał się precz113 z komnaty.

I on, gdy widzi, iżby nic nie sprawił,

Ani co mówił, ani dłużej bawił,

Poszedł, a jako znał powinność sługi,

Wytrąbił ukaz114, rycerstwo zgromadził,

Potem do zamku wrócił się raz drugi.

Po cóż? Czy żeby znowu z panem radził?

Nie. W inną stronę wiódł on kroki swoje:

Na lewe skrzydło zamkowej budowy,

Gdzie ku stolicy spadał most zwodowy,

Szedł krużgankami przed księżnej podwoje115.

Była naonczas książęciu zamężną

Córa na Lidzie możnego dziedzica,

Z cór nadniemeńskich pierwsza krasawica,

Zwana Grażyną116, czyli piękną księżną,

A chociaż wiekiem od młodej jutrzenki

Pod lat niewieścich schodziła południe,

Oboje: dziewki i matrony wdzięki

Na jednym licu zespoliła cudnie.

Powagą zdziwi, a świeżością znęca:

Zda się, że lato oglądasz przy wiośnie;

Że kwiat młodego nie stracił rumieńca,

A razem owoc wnet pełni dorośnie.

Nie tylko licem nikt jej nie mógł sprostać:

Ona się jedna w dworze całym szczyci,

Że bohaterską Litawora postać

Wzrostem wysmukłej dorówna kibici.

Książęca para, kiedy ją okoli

Służebne grono, jak w poziomym117 lesie

Sąsiednia para dorodnych topoli,

Nad wszystkich głowę wystrzeloną niesie.

Twarzą podobna i równa z postawy,

Sercem też całym wydawała męża118.

Igłę, wrzeciono, niewieście zabawy

Gardząc119, twardego imała oręża;

Często, myśliwa, na żmudzkim rumaku120

W szorstkim ze skóry niedźwiedziej kirysie121

Spiąwszy na czole białe szpony rysie,

Pośród strzelczego hasała orszaku;

Z pociechą122 męża nieraz w tym ubiorze

Wracając z pola oczy myli gminne,

Nieraz od służby zwiedzionej na dworze,

Odbiera hołdy książęciu powinne.

Tak zjednoczona zabawą i trudem.

Osłoda smutku, wspólniczka wesela,

Nie tylko łoże i serce podziela,

Lecz myśli jego i władzę nad ludem.

Wojny i sądy, i tajne układy,

Częstokroć od jej zależały rady,

Acz123 innym rzecz ta nie była świadoma:

Bo księżna, wyższa nad żon prostych rzędy,

Które zbyt rade, że panują doma124,

Chciałyby z tym się popisywać wszędy125,

Owszem, cudzemu pilnie kryła oku,

Z jaką potęgą w sercu męża władnie126;

Nawet baczniejsi i bliżsi jej boku

Nieprędko mogli zbadać i niesnadnie127.

Mimo to Rymwid mądry odgadywał,

Gdzie mu jedyne pozostało wsparcie:

Szedł więc i księżnej wynurzył otwarcie

Wszystko, co widział i co przewidywał,

Jaka stąd dawnym zwyczajom obraza,

Książęciu hańba, narodowi skaza.

Mocno Grażynę wieść nowa uderzy;

Lecz panią swojej będąca postaci128,

Udaje wrzkomo129, iż temu nie wierzy,

Pokoju w głosie i twarzy nie traci;

«Nie wiem ja — rzekła — czyli130 nad rycerzy,

Więcej u pana słowo niewiast płaci131;

To wiem, że sobie sam radzi roztropnie,

Wiem jeszcze lepiej, co uradzi, dopnie.

Wreszcie, jeżeli nagła gniewu flaga132

Doczesną133 burzę w sercu jego wzbudzi,

Jeśli niekiedy, lotem młodych ludzi,

Chęć swą nad słuszność lub nad możność wzmaga:

Zostawmy, niech czas i cicha uwaga

Rozjaśni myśli, zapały przystudzi,

Pierzchliwe słowa niepamięć zagrzebie;

Tymczasem drugich nie trwóżmy i siebie».

«Wybaczaj, księżno! O, nie są to słowa,

Co z ust w gorącej pryskają godzinie,

Których zagasłych pamięć nie dochowa;

Nie jest to zamiar, który w plątaninie

Chęci niewczesnych rodzi myśl jałowa,

Który jako dym zamroczy i zginie:

Te iskry znaczą wielki pożar w duchu,

Ten dym strasznego zwiastunem wybuchu!

Nie dzisiaj jestem przy pańskiej osobie,

Od lat dwunastu znał mię wiernym sługą:

Przecież na pamięć nie przywiodę sobie,

By ze mną mówił tak szczerze, tak długo.

Odkładać próżno; co rozkazał, zrobię,

Bo już rozkazał, bym przed gwiazdą drugą

Zgromadził wojska nad grób Peresieka,

Noc będzie widna, droga niedaleka».

«Co słyszę134, jutro? biada mojej głowie!

Nie chcę, ażeby po Litwie gadano,

Że brat na bratnie następował zdrowie,

Wziął gardło lub dał za Grażyny wiano135!

Pójdę i w pierwszej z książęciem rozmowie...

Owszem, dziś idę, chocia już nierano136.

Wprzód niźli nocą świt opędzi rosę,

Tuszę, iż dobrą odpowiedź przyniosę».

Żegnają siebie po tym rozhoworze137,

A w jedno miejsce dążyli oboje.

Księżna, i chwili nie bawiąc138 w komorze139,

Śpieszy w gmach pański przez tajne pokoje;

Rymwid, nie bawiąc i chwili na dworze,

Śpieszy krużgankiem i w pańskie podwoje

Że nie śmiał wstąpić, na progu usiada,

Szczeliną patrzy i ucha dokłada.

Niedługo czekał. Klamka zaszeleści,

Z ubocznych progów mignie postać w bieli.

«Kto?» — woła książę, zerwał się z pościeli —

«Kto?» — «Ja» — odpowie znany głos niewieści.

Potem coś dłużej rozmawiać zaczęli.

A chociaż Rymwid domyślał się treści,

Głosu nie złowić: bo w echo wplątany,

Połknęło miejsce lub odbiły ściany.

Rozmowa coraz żwawsza i zmieszana,

Coraz wolniała, coraz trudniej słychać,

Częściej głos pani, bardzo rzadko pana;

Milczał, niekiedy zdawał się uśmiechać.

Na koniec księżna padła na kolana,

Wstał, nie wiadomo, podnieść czy odpychać,

Kilka słów potem wymówił goręcej;

A potem milczał i nie mówił więcej.

I było cicho. Znowu postać w bieli,

Przemknie się ku drzwiom, klamką zaszeleści:

Czy uprosiła, czy się nie ośmieli

Prosić go dłużej — już w swój gmach niewieści

Odeszła księżna. Książę do pościeli

Wrócił, legł. Cicho, i widać z tej cisze140,

Że go sen twardy wprędce ukołysze.

Rymwid daremnie jeszcze chwilę badał;

Odszedł nareszcie i w lewym balkonie

Giermka obaczy, który z Niemcy141 gadał.

Słucha ciekawie, lubo142 ku tej stronie

Nie szła rozmowa i wiatr ją okradał;

Wtem giermek ręką ukazał ku bronie143:

Co by oznaczał, Rymwid łacno144 zgadał145;

Strasznie to pychę Krzyżaka ubodło,

Zbiegł, chwycił konia, poskoczył na siodło:

«Przysięgam — wrzeszcząc — gdybym nie był posłem

Przysięgam na ten krzyż, komtura znamię,

Iż za obelgę, którą dziś poniosłem

Prędko by zemstę znalazło to ramię.

Między monarchy na poselstwach wzrosłem;

Ni przy cesarskiej, ni papieskiej bramie

Nie spotkało mię, co u twego panka:

Pod gołym niebem doczekać się ranka;

Iść precz, za czyim? za giermka rozkazem!

Ale ostrzegam, że nas nie ułowi

Pogański wykręt i nie minie płazem!

Wołać nas wrzkomo146 przeciw Witołdowi,

A potem wspólnym otoczyć żelazem!

No obaczymy, czy Witołd odbije

Ten miecz, zanadto waszej bliski szyje147!

Powiedz książęciu, jeśli nie dowierza,

Sam niechaj spyta, powtórzyć gotowem,

Choć razy dziesięć tymże samem słowem,

Teraz i zawsze: bo ze słów rycerza

Nic nie wyrzucić, jak ze słów pacierza.

A com rzekł usty, prawicą dowiodę.

Jama, którąście pod nami kopali,

Na waszą własną wykopana szkodę,

Dziś jeszcze, jeszcze tej nocy się zwali;

Tak, jakem Ditrich Halstark von Kniprode,

Komtur zakonu! Za mną, knechty, daléj148

Zaczekał jednak. Lecz po krótkiej zwłoce,

Gdy nic nie słyszał, bramą w pole goni.

Kiedy niekiedy zbroja zamigoce,

Kiedy niekiedy podkowa zadzwoni,

Kiedy niekiedy słychać rżenie koni;

Coraz znikają w dali i w pomroce,

Las ich na koniec i góra zasłoni.

«Jedźcie szczęśliwie! Bogdaj wasza noga

Nigdy w litewskiej nie postała ziemi!»

— Rzekł Rymwid, patrząc z uśmiechem za niemi —

«Dzięki, o księżno! Jaka zmiana błoga,

Jak niespodziana! Proszę teraz, kto tu

Pochlebi sobie, że zna serce cudze?

Ów głos gniewliwy, owa postać sroga

Słowa wiernemu nie dał wyrzec słudze!

Ptasiego zda się chciał pożyczyć lotu,

By spaść co prędzej na Witołda głowę:

Wtem jeden uśmiech i słówko miodowe

Wytrąca oręż, zmusza do powrotu.

Nie dziw, zapomniał starzec siwobrody,

Że księżna piękna, a Litawor młody149

Tak mówiąc z sobą, wzniósł do góry oczy:

Może się lampa za kratą ukaże.

Na próżno patrzył; ciemność okna mroczy;

Wraca więc znowu i na ganek kroczy,

Azali150 książę wołać nie rozkaże.

Na próżno czekał, zapytywał straże,

Zbliża się ku drzwiom, w pokoju noc cicha,

A książę dotąd snem twardym oddycha.

«Cuda prawdziwe! Nie odgadnę cale151,

Jakim dziś wszystko idzie u nas torem:

Niedawno wołał w największym zapale,

Rozkazał wojsko zgromadzić wieczorem,

A sam śpi dotąd? Miał wyciągnąć rano?

Stoją rycerze od Niemców wezwani,

A Niemcom z niczym odjechać kazano.

Któż zaniósł rozkaz? oto giermek pani!...

Ile z wczorajszej wróżyłem rozmowy...

Wprawdzie żadnegom nie słyszał wyrazu,

Lecz długie prośby, głos pana surowy..

Miałażby księżna pomimo rozkazu

Ważyć się sama aż na krok takowy,

Ufna potędze niewieścich pieścideł?...

Lękam się bardzo, aby tego razu

Zbytniej śmiałości nie puściła skrzydeł.

Prawda, iż nieraz poczynała śmiele;

Lecz to byłoby więcej niż za wiele».

Dalsze rozmowy przerwał mu posłaniec,

Który wszedł cicho i z daleka mruga;

Więc oba śpieszą w zamku lewy kraniec.

Stamtąd krużgankiem zbiegła księżnej sługa;

Wnet sama pani w sieniach go spotyka,

Wprowadza i drzwi za sobą zamyka.

«Radco sędziwy, niedobrze się dzieje;

Ale rozpaczy oddać się nie godzi:

Jeśli nas dzisiaj zawiodły nadzieje,

Szczęśliwsze jutro może wynagrodzi.

Bądźmy cierpliwi: nie robić hałasu

Między żołnierstwem i dworską gawiedzią;

Posły odprawim do innego czasu,

Ażeby książę nagłą odpowiedzią

Nie przyrzekł Niemcom, póki zemstą płonie,

Co by rad cofnął, gdy z gniewu ochłonie.

Ty się nie lękaj: jakkolwiek wypadnie,

Zamiarom pana nic się nie uszkodzi;

I potem wojsko może zwołać snadnie152

Jeżeli czas mu serca nie ochłodzi.

Dzisiaj miał jechać, ale wyznam szczerze,

Ja tak kwapionej153 wyprawie nie wierzę.

Ledwie w domowe powrócony progi,

Wczora zaledwie z piersi złożył zbroje,

Z dalekiej jeszcze nie wytchnąwszy drogi,

Miałżeby znowu dziś ruszać na boje?...»

«Co słyszę, księżno? Ty mówisz o zwłokach?

Jak cię niestety rachuba omyli!

Już jest za późno; już po tylu krokach

Nie będzie czekał godziny, pół chwili...

Wreszcie obaczym. Lecz wprzód chciałbym wiedzieć,

Jak przyjął książę wczorajszą namowę?...»

Grażyna właśnie miała opowiedzieć,

Gdy ich zdarzenie pomieszało154 nowe.

Tętent jezdnego słychać na dziedzińcu.

Zdyszały giermek dopada komnaty,

Przynosi wieści od litewskiej czaty,

Która po lidzkim biegając gościńcu,

Teraz od Niemców dostała języka155:

Że wódz krzyżacki jazdę z lasu ruszył,

A za nią knechtów i obóz pomyka;

I że przed świtem, jak czatownik tuszył156

I jak niemieckie wyznawały brańce157,

Chce miasto ubiec i szturmować szańce.

Niechaj więc Rymwid wraz do pana skoczy,

By go przebudzić i prędko uradzić:

Czyli na murach obrony rozsadzić:

Czyli na polu Niemcom zajrzeć w oczy.

Czatownik radzi, abyśmy się skradli,

Do nich z ubocza, bo są niedaleko;

Wprzód nim się knechty z działami przywleką,

Abyśmy z nagła na lud jezdny padli:

Tak zapędzonym na chrapy158 i rowy159

Łacno rajtarom i bratom łby zmieciem,

Potem fussknechtów wziąwszy pod podkowy,

Do szczętu plemię jaszczurze wygnieciem.

Mocno Rymwida dziwi ta nowina,

Daleko mocniej dziwi się Grażyna.

«Giermku — zawoła — kędyż są posłowie?»

Umilknął giermek, a niepewne lice

I pytające topiąc w niej źrenice:

«Co słyszę, księżno? — zdumiony odpowie —

Alboż o własnym zapomniałaś słowie?

Niedawno, kiedy piały drugie kury

Samaś mi rozkaz książęcy przyniosła,

Ażebym biegał co prędzej do posła

I wyprawił go przed świtem za mury!»

«Tak» — rzecze księżna, twarz odwraca zbladłą,

Lecz pomieszanie widne w jej osobie,

Do ust wyrazy nieporządne kładło.

«Tak, prawdę mówisz, przypominam sobie...

Jakże to wszystko z głowy mi wypadło!

Biegnę... nie, stójmy... albo, wiem, co zrobię...»

Stanęła, milczy. Przymkniona powieka,

Czoło pochyłe, w którym się przebija

Jakaś myśl jeszcze ciemna i daleka;

W niepewnych rysach okaże się, mija,

I znowu wschodzi, całą twarz obleka.

Dojrzewa zamiar, staje się wyrokiem:

Już umyśliła, postąpiła krokiem.

«Tak jest, raz jeszcze idę budzić męża.

Wojsko niech zaraz w drogę się wybiera.

Ty, giermku, rozkaż osiodłać hestera160

I wynieś resztę pańskiego oręża.

Wszystko to ma być natychmiast gotowe!

Przykazuję wam imieniem książęcia.

Odpowiedź161, starcze, wkładam na twą głowę.

Jaki cel, kędy mierzą przedsięwzięcia,

Nie gadać, ani pytać, do poranku.

Idźcie i pana czekajcie na ganku».

Wybiegła, drzwiczki za sobą zatrzasła.

Wybiega Rymwid, a myśli po drodze:

«Gdzie idę? Po co? Wszak wojska i wodze

Już zgromadzone, już wydane hasła!...»

Odetchnął tedy, zwolnił nieco kroku,

Stanął z nagiętym ku ziemi obliczem

I myśląc długo, nie myślał o niczem:

Bo w mnogich zdarzeń i wniosków natłoku,

Myśli samopas plączą się bezładnie,

Ani ich rozum znużony owładnie.

«Próżno tu czekam. Już bliski poranek;

Wkrótce się cała zagadka rozwiąże.

Muszę z nim mówić, śpi czy nie śpi książę...»

Więc stąpał prosto na pałacu ganek:

A wtem się z lekka rozwarły podwoje.

Litawor wyszedł sam jeden do sieni,

Szatę miał, w jaką stroi się na boje,

Całą od sutej błyszczącą czerwieni;

Głowę pod hełmem; piersi, miasto162 zbroje,

Pancerz obwijał z żelaznych pierścieni;

W lewicy tarczę mniejszego obłęku163,

A pas od miecza na prawym niósł ręku.

Gniewem lub troską zdał się kołatany,

Nierównym stąpał i niepewnym krokiem;

Gdy się zbliżały rycerze i pany,

Uczcić łaskawym nie raczył ich okiem.

Drżący z rąk giermka wziął łuk i kołczany,

Miecz nawet zwiesił ponad prawym bokiem:

A chociaż wszyscy omyłkę widzieli,

Przestrzegać pana nikt się nie ośmieli.

Już zstąpił z ganku, już chorągiew złota

Wzniesiona, pocznie na dzień krwawy świtać,

Już dosiadł konia, już przyboczna rota

Miała go wrzaskiem i trąbami witać:

Lecz dał znać ręką, aby zamknąć wrota,

Jechać w milczeniu i o nic nie pytać.

A pacholiki i nadworne sługi

Aż za most wywiódł na dziedziniec drugi.

Stąd nie gościńcem puścili rumaki,

Ale na prawo skręcając się dołem,

Przepadli między kurhany i krzaki;

Znowu ku drodze nawracają kołem,

Wąwóz ciemnymi wiedzie ich zatoki164,

Ścienione coraz rozsuwając boki.

Jest od przykopów miejskich tak daleka,

Jako niemieckiej broni grzmot doniesie,

Mała, zaledwie znana komu rzeka,

Wąskim korytem błądząca po lesie;

Ku drodze jednak coraz szerzej ścieka,

Gubiąc się w wielkim jeziora okresie165;

Puszcza okrywa z boków jej zwierciadła,

A z przodu góra wyniosła usiadła.

Tam, gdy litewskie wymknęły się roty166,

Ujrzą śród góry, przy blasku księżyca,

Zbroje, chorągwie, szyszaki i groty.

Błysnęło, zagrzmi na hasło rusznica;

Sypią się męże, ściskają się roty:

Murem krzyżacka stanęła konnica.

Tak w noc miesięczną167 wyglądają świetnie

Na czole Ponar zasadzone bory,

Gdy z nich oskubie wicher szaty letnie,

A rosa jasne wieszając bisiory,

Nagle się mrozem w śrzon168 perłowy zetnie:

Błędnym przechodniom zdają się u wniścia169

Lasy ze srebra, a z kryształu liścia.

Ten widok gniewy w książęciu poduszcza.

Skoczył z wyniosłem nad głową żelazem;

Wali się zbrojna w ślady jego tłuszcza170.

Ale się wodze dziwią, że tym razem

Wojsko bez sprawy171 lada jako172 puszcza,

Ani ich zwykłym ostrzeże rozkazem,

Kędy sam myśli na czole ugodzić,

A jakie skrzydła odda im przywodzić.

Więc Rymwid, pańską zastępując wolę,

Obiega hufy173, szykuje śród drogi;

Wklęsłe ku górze ściskając półkole,

Pancernych w środek, łuczników na rogi:

Tak zawsze Litwa zwykła stawić pole.

Dał hasło: chylą majdany174 do nogi,

Warknęły struny, świsnęła strzał chmura,

«Jezus, Maryja! Naprzód, hop hop, ura175

Dopieroż drzewca ułożywszy w toku

Zewrą się bliżej, pierś na pierś uderzy...

Za cóż176 wydarła potomnemu oku

Noc i zwycięstwa, i klęski rycerzy?

Swoi i cudzy zmieszani w natłoku;

Zewsząd szczęk razów, wrzask, chrzęsty pancerzy;

Pryskają bronie, lecą hełmy, głowy,

Co miecz oszczędza, druzgocą podkowy.

Książę jak skoczył, tak goni na czele,

Ani się jeden między tłumem boi.

Znają czerwony płaszcz nieprzyjaciele:

Poznali godła na hełmie i zbroi;

Cofa się walczyć nieśmiała gromada,

Zwycięzca pędzi i na karki wsiada.

Lecz któryż z bogów siłę w nim osłabił?

Cóż stąd, że zbiegłych natarczywie goni?

Cóż stąd, że bije? Nikogo nie zabił.

Bezwładna szabla po pancerzach dzwoni,

Albo się zwija odbita żelazem,

Albo uchybia, albo idzie płazem.

Czując Krzyżacy tak słabe natarcie,

Odzyszczą177 serce; z okropnym hałasem

Nawrócą czoła, potkną się178 zażarcie

I gęstym włóczni otoczą go lasem;

Czy przelękniony, czy splątany w tłumie,

Brać ich na szable i tarcze nie umie.

Trudno mu było całą unieść szyję179,

Krzyżactwo zewsząd kole, strzela, siecze:

Wtem, huf litewski nawałę rozbije,

Biorąc go między puklerze i miecze:

Ten słabe razy swoimi poprawia,

A ten od cudzych razów go zastawia.

Już noc pierzchała, już różane włosy

Zorza na wschodnim roztacza obłoku.

Bitwa wre dotąd, ślepe lecą ciosy,

Ni w tył, ni naprzód nie ruszono kroku;

A bóg zwycięstwa, przyszłe ważąc losy,

Równy krwi ciężar stąd i zowąd bierze

I szala dotąd w równej stoi mierze.

Tak ojciec Niemen, mnogich piastun łodzi180,

Gdy Rumszyskiego napotka olbrzyma:

Wkoło go mokrym ramieniem obchodzi,

Dnem podkopuje, pierś górą wydyma;

Ten, natarczywej broniąc się powodzi,

Na twardych barkach gwałt jej dotąd trzyma,

Ani się zruszy skała w piasek wryta,

Ani jej rzeka ustąpi koryta.

Krzyżactwo, długiej niecierpliwe bitwy181,

Na wierzchu góry stojący odwodem

Ostatni hufiec pędzą w środek Litwy:

Komtur ich wiedzie, sam uderza przodem;

A zmordowanych długimi gonitwy182,

Gdy naparł świeżym i dzielnym narodem,

Łamią się szyki, Krzyżactwo zwycięża.

Wtem z góry zagrzmiał straszliwy głos męża.

Ku niemu wszystkich podnoszą się oczy.

Stoi na koniu, a jako rozwiodła

Szeroko cienie sterczących warkoczy,

Na śnieżnej górze wybujała jodła,

Tak go szeroki płaszcz dokoła mroczy:

Czarny płaszcz, czarny koń i hełm, i godła.

Trzykroć zawołał, zleciał na kształt gromu,

Nie wiedzieć za kim albo przeciw komu.

Dobiega Niemców, między tłumem tonie,

Bitwy nie ujrzysz; ale zgiełk i jęki

Dają odgadnąć, w jakiej walka stronie

I jak straszliwy piorun jego ręki.

Tam szyszak zniknie, ówdzie sztandar padnie;

Tłoczy się hufiec, miesza się bezładnie.

Jako leśnicy, gdy sosny lub dęby

Sieką wzdłuż puszczy, słychać łoskot w dali,

Jęczą topory, chrobocą pił zęby,

Kiedy niekiedy wierzchołek się zwali;

Na koniec między wyciętymi zręby

Ujrzysz i mężów, i błyskanie stali:

Takie wysiekłszy środkiem Niemców łomy183,

Darł się ku Litwie rycerz nieznajomy.

Śpieszaj, rycerzu, ożywić duch męski,

Krzepić słabnących śpieszaj, jeszcze pora!

Litwini bliscy ostatecznej klęski:

Dzid i puklerzów184 warowna zapora

Już rozłamana; sam komtur zwycięski

Po całym polu szuka Litawora;

On się nie kryje: oba konie bodą,

Wkrótce śmiertelny pojedynek zwiodą185.

Litawor szablę wynosi do cięcia,

Komtur dał ognia z piorunowej broni.

Zadrżą Litwini, pojrzą na książęcia:

Niestety, szabla wypadła mu z dłoni,

Cugle z słabego wyciekły ujęcia;

Już pod szyszakiem nie dotrzyma skroni186,

Spływając z siodła już się bokiem chyli:

Kiedy mu swoi na pomoc skoczyli.

Jęknął mąż czarny; a jak czarna chmura

Ryknąwszy błyśnie piorunowym gradem,

Z taką szybkością leci na komtura:

Zaledwie pierwszym zwarli się napadem,

Pojrzeć, aliści187 komtur już pod koniem,

A rycerz bieży i tratuje po niem.

Gdzie obskoczyły książęcia dworzany,

Przybiega, chwyta, rwie pancerza węzły,

Ostrożnie zdziera blach zafarbowany188,

Wyśledza postrzał głęboko ugrzęzły.

Wtem krew na nowo wytrysnęła z rany,

Ból zemdlonego do zmysłów przywoła;

Otwiera oczy, spoziera dokoła

I znowu wciska na oczy przyłbicę;

Z gniewem żołnierze i sługi odpycha,

A Rymwidowi ściskając prawicę:

«Już jest po wszystkim starcze — mówi z cicha —

Precz mi od piersi, szanuj tajemnicę;

Ratunek próżny, wkrótce umrzeć muszę,

Wieźcie do zamku, tam wyzionę duszę».

Rymwid szerokie oczy w nim utopił:

Ledwie śmie wierzyć, od zmysłów odchodzi.

Upuszcza rękę, którą łzami kropił,

Dreszcz kości wstrząsa, pot mu czoło chłodzi,

Teraz poznaje głos, nieznany wczora:

Niestety, nie był to głos Litawora!

Tymczasem rycerz upuszczone wodze

Starcowi wręczył, sam do pana skoczył,

Rumaki każe nawrócić ku drodze,

Chwiejącego się ramieniem otoczył,

Składa na piersiach, krew dłonią zaciska;

Dał znak, samotrzeć189 pędzą z bojowiska.

I zbliżają się pod okopy grodu.

Zaszli im drogę ciekawi mieszkance;

Ci, bodąc konie przez tłumy narodu,

W milczeniu śpieszą na zamkowe szańce,

A skoro wpadli, uchylono zwodu190.

Rycerz strażnikom przykazuje srogo,

Ni tam, ni za się nie puszczać nikogo.

Wnet z resztą hufów ciągną bojownicy.

A choć wygrali tak przeważne pole191,

Mała stąd radość była po stolicy;

Ból serca ścisnął, żałoba na czole;

Każdy się pyta troskliwy o pana:

Gdzie jest? czy żyje? jak głęboka rana?

Nikt nie był w zamku, nikt o niczym nie wie;

Podjęto mosty i zemkniono zwory192.

Tymczasem w fosę, między gęste krzewie193,

Schodzą trabanci194 z piłami, z topory,

Sieką chrust, walą topole, modrzewie,

A ociosane pnie, gałęzie, wióry

Toczą na barkach i wozach do miasta:

Na taki widok żal i postrach wzrasta.

Kędy świątynie miał władca pioruna195

I bóg, co wichrem niepogodnym świszcze,

Gdzie woły, konie, trzoda srebrnoruna

Codziennie krwawi poświęcone zgliszcze:

Tam stos ogromny kładą pod obłoki,

Dwudziestem196 sążni długi i szeroki.

W środku dąb sterczał; a pod dębem stoi

Niemiecki braniec na dzielnym rumaku197,

Z orężem, w hełmie i zupełnej zbroi,

Trzykroć łańcuchem przykuty do haku:

Wódz to krzyżacki, co był posłem wprzody,

Zabójca księcia, Diterich z Kniprody.

Biegą198 mieszczanie, rycerze, kapłany;

Czekają końca, zgadywać nie śmieją:

Każdy zarówno w myślach kołysany

Między bojaźnią, żalem i nadzieją,

W zamek smutnymi poziera oczyma,

A słuch na wieści wyprężony trzyma.

Przecież i trąba ozwała się z wieży,

I most opada, i wolnymi kroki

Rusza się orszak w żałobnej odzieży,

Niosąc na tarczach bohatera zwłoki;

Przy nich łuk, włócznia, miecz i sajdak199 leży,

Wkoło purpurą świeci płaszcz szeroki:

Książęce stroje; lecz nie widać lica,

Bo je spuszczona zawarła przyłbica.

To on, to książę! Wielkiego pan kraju,

Mąż dużej 200ręki, któż mu rówien201 będzie

Czy gromić Niemce i hordy Nogaju202,

Czy lud na słusznym rozsądzać urzędzie?

Panie nasz! Za cóż203 dawnego zwyczaju

Nie widać w twoim pogrzebnym obrzędzie?

Nie tak albowiem starożytność święta

Czciła twe przodki, litewskie książęta.

Za cóż do nieba nie idzie za tobą

Twój giermek, każdej nieodstępny drogi,

I z próżnym siodłem, okryty żałobą

Towarzysz pola, koń jelenionogi;

I sokół, i psy, co wiatr pyskiem sieką,

I drugie z pyskiem wietrzącym daleko?

Szemrała gawiedź. Rycerze na stosie Składają ciało, mleko i miód leją204;

Przy długiej trąby i fletni odgłosie,

Śmiertelne pieśni wajdeloci pieją.

Starszy pochodnią wziął i nóż ofiarny:

Stójcie!... Stanęli. Nadjechał mąż czarny.

Któż on? pytają wszyscy, któż on taki?

Poznało wojsko: on na polu wczora,

Kiedy litewskie złamano orszaki

I obstąpiono zewsząd Litawora,

Przypadł, odwagę stygnącą zapalił,

Niemców wysiekał, komtura obalił.

Tyle o czarnym rycerzu wiedziano.

Dziś w tymże płaszczu, na tymże rumaku:

Lecz po co przybył? skąd ród? jakie miano?

Stójcie i patrzcie! Uchyla szyszaku,

Uchyla twarzy: on! Litawor! książę!...

Dziw nagły zmysły i mowę zabiera,

Na koniec radość skrzepły głos rozwiąże.

Opłakanego widząc bohatera,

Wrzasną i klasną, wrzask o gwiazdy bije:

«Litawor żyje! Książę, pan nasz żyje!».

Stał i ku ziemi dzierżał lice blade.

Hałas grzmi jeszcze, powtarzany echem;

Z wolna wzniósł czoło, obejrzał gromadę,

Za okrzyk lekkim dziękując uśmiechem.

Nie był to uśmiech, co z serca poczęty

Rozjaśni lica i w oczach zaświeci;

Ale jakoby gwałtem przyciągnięty

Usiadł na ustach i wkrótce uleci:

Tyle dodaje smutnej twarzy wdzięku,

Ile kwiat w bladym nieboszczyka ręku.

«Zapalcie zgliszcze!» — Palą, ogień bucha,

A książę dalej: «Wiecieli wy, czyje

Zwłoki na stosie giną?...» — Cichość głucha.

«Niewiasta! choć ją męska zbroja kryje!

Niewiasta z wdzięków, a bohater z ducha205:

Ja się zemściłem, lecz ona nie żyje!206»

Rzekł, bieży na stos, upada na zwłokach,

Ginie w płomieniach i dymu obłokach207.