Kometa

Koniec zimy stał tego roku pod znakiem szczególnie pomyślnej koniunktury 2 astronomicznej. Kolorowe wróżby kalendarza zakwitały czerwono w śniegu na rubieży 3 poranków. Od pałającej czerwieni niedziel i świąt padał odblask na pół tygodnia i paliły się dni te na zimno fałszywym i słomianym ogniem, złudzone serca biły przez chwilę żywiej olśnione tą zwiastującą czerwienią, która nic nie zwiastowała i była tylko przedwczesnym alarmem, kolorową blagą kalendarzową, namalowaną jaskrawym cynobrem 4 na okładce tygodnia. Począwszy od Trzech Króli przesiadywaliśmy noc w noc nad białą paradą stołu lśniącego od lichtarzy i sreber, układając bez końca pasjanse. Z godziny na godzinę noc za oknem stawała się jaśniejsza, lukrowana cała i lśniąca, pełna kiełkujących bez końca migdałów i cukrów. Księżyc, niewyczerpany transformista 5 , cały pogrążony w swych późnych praktykach księżycowych, odprawiał kolejno swe fazy, coraz jaśniejsze i jaśniejsze, wykładał się wszystkimi figurami preferansa 6 , dublował we wszystkich kolorach. Już za dnia stał często na boku, zawczasu gotowy, mosiężny i bez blasku — melancholijny walet ze swą świecącą żołędzią 7 — i czekał na swoją kolej. Tymczasem całe nieba baranków przechodziły przez jego samotny profil cichą i białą, rozległą wędrówką, ledwo go zakrywając mieniącą się, rybią łuską z perłowej macicy, w którą ścinał się pod wieczór kolorowy firmament. Potem już dni kartkowały się pusto. Wicher przelatywał z hukiem nad dachami, wydmuchiwał wystygłe kominy aż do dna, budował nad miastem imaginatywne 8 rusztowania i piętra i rozwalał te dudniące, napowietrzne budowle, z łomotem krokwi 9 i belek. Czasami wybuchał na dalekim przedmieściu pożar. Kominiarze zbiegali miasto na wysokości dachów i galeryjek pod niebem grynszpanowym 10 i rozdartym. Przeprawiając się z połaci na połać, u cypli i chorągiewek miasta śnili w tej napowietrznej perspektywie, że wicher otwiera im na chwilę wieka dachów nad alkowami 11 dziewcząt i zatrzaskuje je wnet z powrotem nad wielką wzburzoną księgą miasta — oszołamiającą lekturą na wiele dni i nocy. Potem wichry zmęczyły się i ustały. W oknie sklepowym subiekci 12 wywiesili wiosenne materiały, i od miękkich kolorów wełny złagodniała wnet aura, zabarwiła się lawendą, zakwitła bladą rezedą 13 . Śnieg skurczył się, sfałdował w niemowlęce runo, wsiąknął na sucho w powietrze, wypity przez kobaltowe 14 powiewy, wchłonięty z powrotem przez rozległe i wklęsłe niebo bez słońca i bez obłoków. Gdzieniegdzie zakwitły już w mieszkaniach oleandry 15 , otwierano okna i bezmyślne ćwierkanie wróbli napełniało pokój w tępej zadumie dnia błękitnego. Nad czystymi placami zbiegały się na chwilę gwałtowne starcia zięb, gilów i sikorek z przeraźliwym kwileniem — i pierzchały na wszystkie strony zmiecione przez powiew, wymazane, unicestwione w pustym błękicie. Przez chwilę pozostawały po nich w oku kolorowe cętki — garść confetti 16 rzuconych na oślep w jasną przestrzeń — i topniały na dnie oka w neutralnym lazurze 17 .

Bruno Schulz
Содержание

Страница

О книге

Язык

Польский

Год издания

2014-10-13

Издатель

Fundacja Nowoczesna Polska

Reload 🗙